Góry Literatury

IMG_0715

Siadamy w kawiarni Olgi Tokarczuk, jest wcześnie, kilka minut po 10.00, czuć ciągle swieżość poranka. Zamawiam przy barze dwie kawy, klientka przede mną zamawia makaron z pesto, na który, jak mówi dziewczyna za kontuarem, trzeba będzie dłużej czekać. „Makaron” – myślę sobie – wiadomo, musi się ugotować, nie to co kawa…

Siadamy na zewnątrz, obserujemy uliczny gwar. Słyszę gdzieś w tle rozbrzmiewające utwory Fismoll’a, chłonę klimat. Wokół przyjemny, cichy gwar, docierają do mnie urywane rozmowy o literaturze, o ostatniej książce „Olgi” i o tym, gdzie można ją kupić. Czekanie sprawia mi przyjemność, czuję że jestem we właściwym miejscu. Pasjonaci czytelnictwa, z dredami, brodami, oryginalnie ubrani, w lnianych spodniach lub długich, zwiewnych sukniach, wypełniają Rynek w Nowej Rudzie rozmawiając o książkach.

Czekam na kawę. 

Fismoll przestał rozbrzmiewać w tle, trochę zaczynam się niecierpliwić, bo tylko kawy brakuje mi do pełni radości z tej jednej, konkretnej chwili, na Rynku, w Nowej Rudzie, w dzisiejszej stolicy literatury, wśród tych pięknych, czytających i współodczuwających ludzi, powolnym krokiem defilujących przed moimi oczami.

Czekam na kawę.

Stolik obok zajmują dwie kobiety, z dwoma psami, jeden z nich kładzie się pod naszym stolikiem, przyglądam się kudłaczowi z sympatią. Nudzę się, więc je obserwuję, ta druga siadając wciąga swojego pupila na kolana, windując go w górę za szelki. Maluch zawisa przez chwilę bezwładnie, po czym uderza głową o kawiarniany stolik. Szybko odwracam wzrok, udaję że tego nie widziałam. Słyszę tylko: „On uwielbia siedzieć mi na kolanach”. Potem, sciszonym głosem rozmawiają o literaturze, o funduszach na kulturę. Światowo, myślę sobie, kulturalnie i na pozimie. 

Czekam na kawę, naprawdę już niecierpliwie czekam.

Ponad godzina mija od czasu, kiedy złożyłam zamówienie, dziewczyna z kawiarni przynosi wreszcie dwie kawy, przepraszając że to trwało tak długo. Choć nie słychać już Fismoll’a a dzwony na ratuszowej wieży zaczęły głośno bić, cieszę się z tej kawy i z tej chwili dla siebie.

Nagle, jeden z psów obok zaczyna głośno szczekać, drugi dołącza, kulturalnie nie reaguję, znowu odwracam wzrok, czekam na ciszę, chcę wypić kawę, robi się nerwowo.

Pies jednak ujada, właścicielka nie reaguje, dzwony nadal biją, nie słychać już nic, grzecznie proszę: 

– Czy może Pani uciszyć psa?

– Co to znaczy uciszyć? – rzuca, przekrzykując dzwony? – Przecież to pies, nie wie pani, że sam musi się uspokoić?

Biją dzwony, na stole wreszcie stoi moja kawa, pies głośno szczeka, nikt nie reaguje. Proszę o ciszę, czuję się bezrada i chyba za chwilę się rozpłaczę… 

Mówię, że też mam psa, ale, nie zabieram go do kawiarni…

Robi się bardzo nerwowo, dzwony, pies, kobieta wstaje, szarpie go i wychodząc krzyczy do mnie:

– To pies, ma prawo szczekać!!! Jesteś zwykłą chamką!!

Druga też się podnosi i dorzuca jeszcze:

– Wychodzimy! Jasne, najlepiej zagazować wszystkie psy!

Dzwony ucichły. Nie słychać już Fismol’a. Nie słychać szczekania. Ale, nie jest już tak kulturalnie…

 

IMG_9005 2

Reklama

Nie wierzę w życie pozajogowe

IMG_8405

Wakacje. Czas który sprzyja robieniu wszystkiego inaczej niż zazwyczaj. Więcej podróżujemy, wypoczywamy, czasami bardziej aktywnie albo sportowo spędzamy czas. Wiele osób pyta mnie latem: „Czy praktykujesz na wakacjach jogę?”.

A przecież joga, to ścieżka którą podążamy, życiowa droga, którą idziemy konsekwentnie przez lata. Część z nas jest definitywnie na niej ulokowana, stąpa twardo i zdecydowanie w tym samym kierunku. Pozostali czasami na nią wchodzą, a czasami odchodzą gdzieś w bok, wracają lub nie. Takie jest życie.

Joga to nie jest tylko praktyka na macie. To duchowy rozwój, ewolucja świadomości, praca, która jeśli się rozpocznie na dobre, nigdy się nie kończy. To szereg drobnych i większych zmian w życiu, które zachodzą bez względu na to, czy aktualnie są wakacje czy nie.

Joga to codzienna świadomość noszenia ze sobą lnianego worka na zakupy. W głębokiej odpowiedzialności za planetę, za nasze wspólne środowisko, codzienna joga to unikanie foliowych opakowań, worków z tworzyw sztucznych i butelek na wodę. To też wysoki poziom czujności, żeby nie chwycić odruchowo plastikowej pokrywki na kartonowy kubek z kawą czy w porę uniknąć dodatkowej torby od sprzedawcy kiszonych ogórków. 

Joga to racjonalne kupowanie takiej ilości produktów, żeby zaspokoić swoje potrzeby, ale jednocześnie nie niszczyć, nie marnować ani nie wyrzucać. To też niekrzywdzenie, a zatem konsekwentne niekupowanie produktów zwierzęcych. 

Joga to ciągłe odpowiednie na te same pytania, edukowanie i wskazywanie drogi. „To co ty jesz jak nie jesz mięsa?” albo „A jesz ryby?”, „A marchewka nie cierpi?” Powtarzanie w kółko tego samego, z uśmiechem na ustach, cierpliwie, nikogo nie oceniając.

Joga to zabieranie ze sobą z plaży własnych, ale też cudzych śmieci. Łapanie przenoszonych przez wiatr opakowań foliowych albo kulających się plastikowych butelek. Sprzątanie nie tylko po sobie, w poczuciu odpowiedzialności za Planetę.

Joga to w końcu też praktyka. Kilka pięknych asan przyjętych na plaży, o wschodzie słońca. I to jest ta część, którą najbardziej widać, bo nasze profile w mediach społecznościowych wypełniają się latem pięknymi fotografiami jogi w przyrodzie. 

Transformacja świadomości i praktyka jogi są procesami nierozłącznymi, głęboka świadomość współodpowiedzialności za planetę i za wszystkie istoty żywe rodzi się w każdym joginie. Dlatego, nie wierzę w życie pozajogowe. Gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, praktykuję jogę bez względy na to czy są wakacje, czy nie. 

Artykuł ukazał się na portalu bosonamacie.pl w sierpniu 2021

Jest teraz

IMG_7795

Przeczytałam dzisiaj u kogoś z moich znajomych: „byle do wiosny” i te słowa utkwiły mi w pamięci. Potem poszłam biegać, błękitne niebo nad Świętą Górą, promienie zimowego słońca i szczyty przyprószone śniegiem. Lekki mróz więc nie ma błota i można swobodnie biegać po lesie. Jednym słowem: PIĘKNIE!

Ciągle na coś czekamy; na jutro, na kolejny dzień, na nowy rok. Albo na wiosnę. Ten stan oczekiwania niesie w sobie niezadowolenie z dzisiaj, z tego, co jest teraz. Jakbyśmy nabrali powietrza i zanurzyli się pod powierzchnię wody, chcąc przeczekać. Przetrwać zimę.

Ten stan oczekiwania niesie też w sobie nadzieję, że to „jutro” będzie wymarzone, takie jak trzeba, piękne i idealne. Jak już nadejdzie ten dzień, ten nowy rok, ta wiosna, to wszystko będzie lepsze. A nasze życie będzie dokładnie takie jak trzeba.

Poruszając się pomiędzy takimi stanami, tracimy połączenie z teraźniejszością i omija nas znaczna część życia.

Biegając dzisiaj po przyprószonym śniegiem lesie czułam niezwykłe połączenie z tą jedyną, piękną i idealną chwilą: z TERAZ. Czułam, że to „teraz” jest najlepsze na świecie, że jest właśnie takie, jak powinno być.

Medytacja zmieniła moje podejście do codzienności. Na nic już nie czekam, bo wszystko przychodzi we właściwym czasie. Nie odczuwam stanów absolutnego szczęścia ani też bezdennego smutki. Krzywa wahań uczuć i emocji spłaszczyła się, odczuwam niezmiennie zadowolenie z tego, co jest.

Na samym początku zimy, czuję że nie pragnę wiosny. Za niczym nie tęsknię, na nic nie czekam, bo wszystko wydarzy się, we właściwym momencie. A teraz jest IDEALNE.

 

IMG_7798

 

 

Unosząc lekko kąciki ust

 

IMG_3640

Wracając z zagranicznych wakacji, najbardziej tęsknię nie za morzem, innym klimatem czy za widokiem gór, a za pogodnymi ludźmi na ulicach. Za uprzejmym „dzień dobry”, niewielkim uśmiechem obcego człowieka spotkanego przypadkiem na ulicy.  W Indiach, w Kostaryce, w Chorwacji czy w Niemczech.

Czasami to się jednak zdarza nawet tutaj, w naszej rzeczywistości. Wszyscy znamy takich ludzi, wydaje się, że są obdarzeni przez Stwórcę niezwykle pozytywnym usposobieniem, uśmiechnięci przez cały dzień, z miłym wyrazem twarzy. W towarzystwie takich ludzi chce się przebywać, czerpać z ich radości i pozytwnej aury. Czasami też można poczuć zazdrość, że samemu nie posiada się takiej pozytywnej, kojącej natury.

A jednak, natura nie pochodzi z zewnątrz, jest naszą własną wizją samych siebie. Każdy jest własnym Stwórcą i tworzy swoją indywidualną osobowość każdego dnia: „Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś”.

Miałam niezwykłą przyjemność spędzić jeden z wyjazdósw z jogą w towarzystwie przecudnej kobiety, o długich, pięknych włosach, z anielskim uśmiechem na twarzy i o niezwykle pozytynym usposobieniu. Zapytałam ją pewnego dnia, jak to robi, że jest ciągle uśmiechnięta. A ona na to: „Staram się cały czas unosić lekko kąciki ust, muszę cały czas o tym pamiętać”.

Nikt z natury nie potrafi stać na głowie. Przychodzimy na praktykę jogi, uczymy się jak ustawić ciało, żeby bezpiecznie przyjąć tą pozycję. Z czasem staje się ona elementem praktyki i przychodzi z łatwością. Dokłanie w taki sam sposób możemy pracować nad własnym uśmiechem: unosząc lekko kąciki ust, ćwicząc mięśnie twarzy, wprowadzimy pogodny nastrój do smutnej codzienności, zmieniając i wzbogacając własną naturę. Jednocześnie, zmieniając i wzbogacając świat wokół.

 

Pura Vida czyli o poszukiwaniu recepty na szczęście

IMG_3916

Pojechałam do Kostaryki z misją odnalezienia recepty na szczęście. Bowiem, zgodnie z Happy planet index, jest to najszczęśliwszy kraj na świecie. Wróciłam, z doświadczeniem pięknego miejsca na świecie, przemiłych ludzi; pomocnych i uśmiechniętych oraz olśniewającej przyrody. I wszystko to jest ze sobą nierozelwalnie połączone, a szacunek do każdej istoty, do każdego życia w efekcie daje mieszkańcom poczucie szczęścia.

Wydaje się z pozoru, że każdy może być szczęsliwym człowiekiem, mieszkając w raju. Przyroda Kostaryki jest bowiem niezwykle bujna i rożnorodna, kraj zarówno od wschodu jaki i od zachodu posiada piękne, piaszczyste plaże. Często tu pada, na wybrzeżu Pacyfiku pora deszczowa trwa przez 8 miesięcy, czyli od maja do grudnia, a po drugiej stronie, na wybrzeżu karaibskim obfite opady zdarzają się przez cały rok. Średnia temperatura to 26 stopni, można więc śmiało powiedziać, że Kostaryka to taka jedna, wielka Palmiarnia.

IMG_3157

Aż 26% obszarów kraju obejmują parki narodowe i krajobrazowe, z czego mieszkańcy są absolutnie dumni. Kostarykańczycy autentycznie kochają przyrodę, widzą jej piękno i różnorodność. I otaczają szcunkiem. Na pierwszym zdjęciu widać znak drogowy zachęcający kierowców do ograniczenia prędkości, na ulicy może się bowiem znaleźć nie tylko dziecko idące do szkoły, ale też zwierzę: leniwiec, małpa lub iguana. Uszeregowanie tych wszystkich istot obok siebie jest moim zdaniem tutejszą receptą na szczęscie: szacunek do Życia w każdej postaci, do drugiego człowieka, ale też wobec zwierząt i roślin.

IMG_3496

W Quepos, miasteczku położonym na wybrzeżu Pacyfiku deszcz pada przez 8 miesięcy w roku. Ulice i chodniki rodzielone są głębokimi rowami, którymi podczas ulewy płyną rwące potoki wody, spływając wprost do oceanu. Na chodnikach w miasteczku można znależć takie napisy, zarówno po hiszpańsku jak i po angielsku: „Ocean zaczyna się tutaj, nie rzucaj śmieci”.

IMG_3025

Mieszkańcy mają charakterystyczne dla siebie powiedzenie: Pura Vida. Początkowo, trdno zrozumieć co ono oznacza, moża je bowiem usłyszeć na powitanie, na pożegnanie, jako podziękowanie albo jako przeprosiny. Dopiero po jakimś czasie, zaczyna sie rozumieć, że jest to najprostszy i najbardziej skuteczny sposób na wyrażenie dobrych emocji:

4368254e-0c90-4701-87c6-d7511efbe996Kostarykańczycy żyją spokojnie, nie spieszą się i są uprzejmi wobec siebie i wobec turystów. Kierowca zachęcająco machnie ręką przez okno do pieszych na ulicy, umożliwiając im przejście na drugą stronę ulicy lub do samochodów jadących za nim, ułatwiając wyprzedzanie. Nikt nie trąbi, nie pogania, nie denerwuje się. Bo przecież: Pura Vida!

IMG_3808

Zachwycająca przyroda, morze, ocean, gaje palmowe. Do tego małpy, leniwce, iguany nie tylko w parkach narodowych, ale też przy ulicach, na plaży. Kolorowe kolibry unoszące się nad kwiatami w przydomowych ogrodach. Soczyste, dojrzałe owoce, papaje, mango, avokado, kilka gatunków bananów. Ciepłe źródła w okolicach wulkanów. I mieszkańcy, którzy kochają tą przyrodę, cieszą się nią i otaczają troską. Jeśli rzeczywiście, kiedyś istniał na ziemi raj, to musiał być w Kostaryce!

IMG_3934

Prawdziwe bogactwo

Codzienna praktyka, w samotności, w ciszy, w jakimś odizolowaniu od świata. Staje się częścią życia, w pewnym sensie powtarzalną i zwykłą. Normalnieje. Przyzwyczajam się. Nawet nudzę czasami. Dlatego warto coś zmieniać.

Przyjechałam do Poznania. Dzięki ich uprzejmości, rozłożyłam matę pomiędzy nimi, pomiędzy Anią a Mateuszem. W tym pozostawionym dla mnie miejscu pośrodku odczytałam czułe zaproszenie…

Praktyka u boku mojego Nauczyciela jest niezwykłym doświadczeniem. Początkowo, trudno było mi utrzymać drishti, trudno było mi skupić się na sobie. Potem jednak wszystko popłynęło, samo, naturalnie. Praktyka przy dźwięku mantr, dźwięku oddechów, a jednak w ciszy.

Nie ma w moim życiu ważniejszej rzeczy, takiej, która trwa, niezmiennie od lat, daje ukojenie i spokój. Nie ma innej grupy, środowiska, znajomych, wśród których odnajduję zawsze to czule pozostawione miejsce pomiędzy nimi. Niezmiennie mnie to wzrusza i wdzięczna jestem 🙏

O przekraczaniu lęku

10945811_813878458671393_264944324496643925_o

Na pierwszym warsztacie dotyczącym Drugiej Serii Ashatangi byłam już w 2014 roku. Pod czułym okiem Kasi w Surya Yoga doświadczałam kolejnych asan, nie mając pojęcia, co one będą dla mnie oznaczały w kolejnych latach. Miałam wtedy pusty umysł, zupełnie jak w zen, u Suzukiego, „umysł początkującego”. Radośnie przechodziłam z pozycji, do pozycji, nie przejmowałam się tym, że niektóre z nich zupełnie mi się nie udają, bo kładłam to na karb małego doświadczenia.

Mijały lata, a doświadczenie nie wzrastało. Mój umysł wypełniał się za to obawami. Kolejne warsztaty wcale nie pomagały, raczej dostarczały nowych informacji, które to zniechęcały mnie do regularnej praktyki bardzo skutecznie. 

Doskonaliłam za to Pierwszą Serię. Czułam się w niej wspaniale, naprawdę zaczęłam skupiać się na drobiazgach, pozostawałam w bezpiecznej, ale nie przynoszącej żadnego rozwoju strefie komfortu. Drugą Serię omijałam szerokim łukiem, nawet o niej nie myślałam, bo doskonale już wiedziałam, że boję się nieznanego, boję się tego, co mi nie wychodzi.

Przeczytałam dzisiaj słowa mojego jogowego kolegi o tym, że w Ashtandze ciało zapamiętuje kolejne pozycje a umysł jest wtedy cichy i spokojny. Pięknie napisane, ale to nie o mnie. Od jakiegoś czasu mierzę się bowiem z potworami Drugiej Serii, a mój umysł jest wtedy niezwykle rozmowny! Przed praktyką najczęściej pojawiają się w mojej głowie niezwykle pilne sprawy do załatwienia, mam ich tyle, że zupełnie uzasadnione byłoby dzisiaj zrezygnowanie z zajęć. Podczas praktyki najczęściej słyszę: już dosyć, wystarczy jedna próba, naprawdę świetnie ci poszło nie musisz już powtarzać, najlepiej teraz skończ… Mam wrażenie, że niewiele dzieli mnie od tego, żeby wstać i wyjść, zostawić pustą matę i uciec.

Wykuwam kolejne pozycje w pocie i w bólu. Zmuszam się, mobilizuję i nie pozwalam już sobie na słabość. Ale, to ciągle kosztuje mnie bardzo dużo, kończąc praktykę jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Każdy z nas może zostać tam, gdzie czuje się bezpiecznie i komfortowo. Ale, prawdziwe emocje, uczucia i lęki, prawdziwe radości i szczęście kryją się tam, gdzie jest nieznane. W tą przestrzeń Was zapraszam. Tam zaczyna się Życie.

 

 

Biała parasolka w czerwone groszki

IMG_1550

Biała parasolka w czerwone groszki, z gustowną, drewnianą rączką.

Biegam. Bo mimo regularnej praktyki jogi, potrzebny mi jest łyk świeżego powietrza. Mam głębokie przekonanie, że ruch na zewnątrz, w kontakcie ze światem, w zmaganiu z wiatrem i z chłodem jest dla mojego ciała niezwykle korzystny. 

Dwie zużyte opony, każda osobno. Fragment obudowy komputerowej, niebieska, plastikowa szuflada.

Lubię spojrzeć na świat ze ścieżki biegowej, mając w perspektywie Ślężę, z drugiej strony Góry Sowie. Czasami wydaje mi się, jakbym mogła po prostu tam pobiec, nie zatrzymując się, zupełnie jak Forrest Gump.

Dwa gumowe, ogrodowe baseny, również każdy osobno. Dwie pary butów, stare, zużyte ubrania.

Czasami myślę sobie, że joga jest tylko dla mnie, jest osobista, dzieje się głęboko w moim wnętrzu, w ciszy, w towarzystwie oddechu. A bieganie jest dla świata, bieganiem mogę się dzielić. Często zdarza się, że podczas treningu piszę, słowa układają się w zdania, pojawiają się pomysły na teksty, także na ten. 

Na koniec lokalny kierowca, mijający mnie naprawdę ze zbyt dużą prędkością, jak na polną drogę, pozbawioną pobocza. 

To wszystko na dystansie zaledwie 2 km. Nie wymieniam już niezliczonych ilości plastikowych butelek, worków foliowych ani wielkich worów ze śmieciami, wypełnionych różnorodną zawartością. Ani, odpadów budowlanych, takich jak wiaderka pełne gruzu i niewykorzystanych elementów aluminiowych. 

Wszystko to zalega w rowie ciągnącym się wzdłuż polnej, bocznej drogi, tuż obok mojego domu. Wyrzucone pod osłoną nocy, pojawiające się codziennie. Po tym krótkim biegu, chciałabym zacytować kogoś z klasyków. Przychodzi mi jednak na myśl tylko Maria Wiernikowska rozpoczynająca swoją książkę pt: „Oczy czarne oczy niebieskie”, słowami: „Ludzie, jak ja was kurwa nie lubię.” 

Jaką wartość ma Twoja ścieżka duchowa?

C7DBA772-1D5B-468F-AE7D-752468CE01C5

Czasami pytałam siebie, po co to wszystko: po co mi jest ta praktyka codzienna, wyginanie ciała, konsekwentne stawanie na macie i mierzenie się ze swoimi słabościami. Po co mi to bieganie, wychodzenie w deszczu, brodzenie w błocie i liczenie kolejnych kilometrów.

Co mi daje życie na końcu świata, bez prądu, bez wody, za to z kojącym widokiem na Świętą Górę. Bez sąsiadów, asfaltowej drogi i ulicznego oświetlenia.A te kąpiele w zimnym stawie, jesienią i zimą? Po co to wszystko?

W trudnych czasach dowiesz się, jaką wartość ma Twoja ścieżka duchowa.

Doświadczam teraz niezwykłej wartości praktyki, która jest moim życiem od kilkunastu lat. Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że żadna praktyka nie zabezpiecza mnie przed chorobą, ale zabezpiecza mnie przed lękiem. Codziennie, kiedy pogłębiam mostki, kiedy staram się pracować w trudnych dla mnie asanach, konfrontuję się z własnym lękiem. Czuję strach i pokusę, żeby zrezygnować, żeby nie wchodzić w pozycję po raz kolejny, żeby zostać w niej krócej, żeby w ogóle odpuścić. Kusi mnie zawsze, żeby skrócić dystans biegu, zrobić o jedno kółko mniej, wrócić wcześniej, żeby zrezygnować z kąpieli w zimnej wodzie i zostać w cieple kominka… A jednak tego nie robię, bo to właśnie regularna praktyka wzmacnia ciało i doskonali umysł.

W ostatnim czasie szczególnie doceniam wartość tej codziennej praktyki, tego mierzenia się z własnym lękiem i własną słabością. Bo, kiedy z zewnątrz docierają same negatywne informacje, mogę zwrócić się do swojej indywidualnej ścieżki i czerpać z niej siłę.

Cokolwiek robicie, trzymajcie się tego. Bieganie, pływanie, rower czy fitness, niech będzie waszym źródłem fizycznej siły. Ale, skierujcie swoją uwagę również w stronę jogi, żeby wyciszyć umysł, zagłębić się we własnym oddechu. Prawdziwy spokój płynie z wnętrza, trzeba jednak umieć do niego dotrzeć:

„…nie chodzi o to, że czynniki zewnętrzne nie mają znaczenia; rzecz w tym, że to twój umysł, a nie okoliczności, decyduje o jakości twojego życia. Umysł stanowi podstawę wszystkiego, czego doświadczasz, a także wszystkiego, co wnosisz do życia innych. Z tego względu warto go doskonalić.”*

*Cytat pochodzi z książki Przebudzenie Sama Harrisa

Nieistotne życie

CDBF697B-DDCC-4626-A1C8-0319D94F8D7D

Zasmuca mnie brak szacunku do życia. Do tego mniejszego życia, naszych mniejszych braci i sióstr, zwierząt. I nie chodzi mi wcale o masowe zabijanie w rzeźniach i sprzedawanie w kawałkach, bo do tego od wielu lat nie przyczyniam się w żaden sposób. Ale, chodzi mi o mnogość śmierci, z którą spotykam się jadąc samochodem.

A, że staram się nie jeździć szybko, to zauważam każdego kota, psa, wczoraj nawet dzika i jeża, potrąconego przez samochód. Mam zawsze wtedy taką refleksję, że to zwierzęce życie jest tak absolutnie nic nie warte dla ludzi. Zdarza się przecież, że kot najpierw potrącony, po chwili rozjechany na drodze i jego istnienie zostaje roztarte na asfalcie w niewielką, czerwoną plamę. Nikt się nawet nie pochyli, nie zapłacze, nie pochowa. Istnienie w nieistnienie, niezauważalnie i niepostrzeżenie.

Tymczasem dwa dni temu, w niewielkim zagłębieniu wypełnionym wodą, znalazłam pływającą kokoszkę. To niewielki ptak wodny, będący w Polsce pod całkowitą ochroną. W chwili, w której zauważyłam ptaszka, zauważyłam też kota, zbliżającego się cichaczem do potencjalnie łatwego łupu. Zareagowałam szybko, przegoniłam drapieżniki i okazało się, że ptak ma uszkodzone skrzydło i nie może odlecieć, dlatego pływa nerwowo w niewielkiej kałuży, obawiając się ataku. Nie zastanawiając się wiele, wyciągnęłam rannego ptaka, skrzydło zwisało bezradnie. Zobaczyłam śmiesznie długie, zielone nogi, zupełnie nieproporcjonalne do niewielkiego brzuszka i maleńkiej głowy. Od razy przypomniał mi się Stefan, z filmu „Odlot”, który na końcu okazał się jednak mamą radosnych pisklaków i to imię przylgnęło na chwilę do rannej kokoszki.

Niedziela była upalna, więc do kartonu włożyliśmy kilka dżdżownic i miskę wody. O ile robaki zostały szybko zjedzone, o tyle zamiast napić się z miski, Stefan wskoczył do wody i zajął bezpieczną dla siebie pozycję pływającą. Tak wyposażony, wyruszył w drogę, do najbliższego punktu ratującego zwierzęce życie, do Fundacji Dzika Nadzieja w Jedlinie Zdrój. Cieszyłam się, że są jednak ludzie, dla których znikomość tego życia nie ma znaczenia,  ludzie którzy chcieli dołożyć wszelkich starań żeby uratować złamane skrzydło.

Stefan został w kompetentnych rękach. Następnego dnia dowiedziałam się, że złamanie jest na tyle poważne, że zostanie przewieziony do Warszawy, do ptasiego szpitala doktora Kruszewicza, znanego z radiowej Trójki!

Nic nie posiada obiektywnej wartości, nawet życie. Nigdy się nie dowiemy, jaką samoświadomość posiada kot czy jeż i jak bardzo cierpi odchodząc z tego świata. Możemy jednak nadać temu życiu subiektywną wartość, wynikającą z czystego szacunku do wszelkiego istnienia. Wtedy pochylimy się nawet nad pszczołą, żeby wyjąć ją ze szklanki z sokiem i osuszyć jej mokre skrzydło na słońcu. Bo każde życie ma wielkie znaczenie i jest przejawem tej samej Siły Sprawczej.