Fotografie z pamięci

IMG_3587

O ciszy, która jest lepsza niż słowa mówi Dalajlama. I wszystko niby rozumiem, kiedy czytam i słyszę, ale nie doświadczam. Żeby przeżyć jako swoje, dotknąć i poczuć naprawdę, słowa innych muszą stać się własnym doświadczeniem.

Poranna praktyka, w Szkole Samadhi, w Dzierżoniowie. Stoję tyłem do okna, za mną słoneczny, jasny dzień. Zaczynamy pracę z równowagą, wchodzimy w pozycję drzewa. Wyciągam ręce do sufitu i niespodziewanie zauważam, jak ruch moich ramion rozsuwa drobinki unoszące się w świetle słonecznym. Jak moje ręce rozdzielają niczym nie zakłócony przepływ światła, rzucając cień na podłodze. W mistycznym bezruchu pozycji równoważnej, w jednej chwili doświadczam i rozumiem. I myślę o tym potem bardzo intensywnie: czy warto swoją osobą zakłócać przestrzeń i doskonałość świata? Czy na pewno ruch albo słowa, które generuję są warte tego zamieszania we Wszechświecie? Na swoich barkach poczułam ciężar indywidualnej odpowiedzialności, za każde zakłócenie tego pięknego przepływu. Najmniejszy mój ruch, zmienia przestrzeń, moje drobne decyzje wpływają na Wszechświat i wprowadzają w nim zmiany. To wielka odpowiedzialność…

IMG_3341

Reklamy

Pomidory zen

IMG_3307.JPG

W książce Suzukiego „Umysł zen, umysł poczatkującego” znalazłam kiedyś taką przypowieść: Uczeń przyszedł do Nauczyciela z pytaniem: „Jak to jest Mistrzu, przecież żyjemy tak samo, tak jak Ty śpimy, pracujemy i jemy. Czym różnimy się w tej codzienności od Ciebie Mistrzu?” A Mistrz odpowiedział: „Kiedy śpię to śpię, kiedy jem to jem a kiedy pracuję to pracuję. A Wy, kiedy śpicie, jecie czy pracujecie myślicie o tysiącu innych rzeczy, wokół których wasz umysł błądzi”.

Jak medytować? Co robić i jak zacząć? Może niezbędna jest specjalna poduszka do medytacji? A może korale, najlepiej jakieś niespotykane, ze szlachetnych kamieni, przywiezione z Japonii wprost ze świątyni zen? Ale na pewno potrzebny jest jakiś drogi i elitarny kurs medytacji, najlepiej prowadzony przez certyfikowanego coacha, na jachcie gdzieś w tropikalnych krajach.

Ja mam pomidory. Z zebranych w ubiegłym roku nasion wyrosły małe roślinki, musiałam je rozdzielić i przesadzić do osobnych pojemniczków. Brałam sadzonkę albo dwie i przesadzałam z uwagą i czułością. Skupiałam się na swojej pracy bo chciałam ocalić każdą roślinkę, która z taką ufnością zakiełkowała w czarnej ziemi. I w całym tym procesie nie było żadnej innej myśli, poza mną i tym małym zielonym życiem nie było rozdziału. Ale, to nie były zwykłe sadzonki, to były Pomidory Zen 🙂

 

O miłości

IMG_3149.JPG

Miłość ma różne oblicza, do dziecka, do dziewczyny, do chłopaka. Do rodziców albo do dziadków. Można z miłości obdarować kogoś kwiatami, można dać prezent, wysłać uśmiech lub podarować własny czas.

Jeden jednak rodzaj Miłości rozczula mnie do głębi, choć wiem już, że słowo to w języku moich Przyjaciół znaczy zupełnie coś innego. Zachwyca i wzrusza mnie wspólna praktyka jogi, kiedy kochający się ludzie stają obok siebie na początku maty, kiedy dzielą swój wysiłek i mnożą swoją radość płynącą z kolejnych pozycji w sekwencji.

I mimo, że każdy z nich jest sam ze sobą podczas praktyki, to w chwili relaksu szukają znowu siebie, wracają do tej bliskości, którą dzielą już od wielu lat. I jestem wtedy cichym świadkiem wyrażenia tej miłości i czuję się zaszczycona, mogąc dla nich poprowadzić praktykę.

Ivanko i Staszku ❤ Dziękuję Wam za wszystkie wzruszenia, których doświadczam dzięki Wam…

O bieganiu

9PXlkWOxSbm1Kc%VLxY9MQ.jpg

Po intensywnym sezonie narciarsko-biegowym, poczułam się spełniona, można nawet powiedzieć, że przepełniona… właściwie otwarcie napiszę, że miałam dość: poczułam przesyt. Najpierw mówiłam sobie, że po takich intensywnych tygodniach zwyczajnie odpocznę, pójdę biegać za kilka dni. Za tydzień. Jutro. No, może pojutrze. Wsłuchałam się w swoje ciało i zaczęłam czuć, że będzie mi bardzo trudno zmobilizować się do biegania. Miałam dość. Mam za sobą kilkanaście lat biegania, ukończonych 13 maratonów, półmaratonów ani dziesiątek nigdy nie liczyłam. Nie biłam oszałamiających rekordów, dość było mi że zeszłam na dystansie maratońskim poniżej 4 godzin.

Czułam zawsze, że bieganie sprawia że staję się lepszym człowiekiem. Na pewnym bardzo głębokim poziomie czułam, że pokonywanie kolejnych dystansów w ciszy i w swoim towarzystwie jest dokładnie tym samym co joga i medytacja: jest bardzo intymnym i głębokim doświadczaniem siebie i świata.

Na początku podczas treningów dużo myślałam, rozważałam problemy, opracowywałam strategię dla klienta, czasami przegadałam ze sobą całą trasę. Z czasem jednak nauczyłam się zostawać w ciszy, biegi, podczas których po prostu byłam i czułam oddech stały się mistycznym doświadczeniem. Przestałam mierzyć tętno i sprawdzać poziomy, pożegnałam się z kablami i taśmami pomiarowymi, słuchałam ptaków, obserwowałam przyrodę, zaczęłam naprawdę cieszyć się jednością z Wszechświatem.

Tej zimy poczułam, że nie potrafię już się zmobilizować. Na myśl o powrocie na znaną trasę okolicznymi ulicami, miałam gęsią skórkę i zdecydowany opór ciała. Nie mogłam zrozumieć dlaczego nie ma we mnie już tej radości? Czułam żal.

Kiedy w środę po śniadaniu wyjrzałam przez okno, zobaczyłam górę z białą wieżą kościółka, wznoszącą się nieopodal. Poczułam nagle, że muszę tam pojechać, muszę stanąć w butach do biegania i doświadczyć. Kiedy stojąc na jej zboczu zrobiłam pierwszy wdech i zapach lasu rozlał się po moim ciele, poczułam znowu jedność z Wszechświatem. Byłam tam jeszcze w piątek, potem w sobotę, nie mogę się doczekać, kiedy pójdę jutro!

Wszystko przychodzi we właściwym czasie.

DrwtsFaHRx6NayLiwOtMwA

Życie wraca

IMG_2700

Świat się budzi. Kolejna zima na Rancho pewnie już za nami. Panel solarny pracuje całą parą, światło w lodówce wróciło na stałe. Jest też woda w kranie, bo silnego mrozu nie było zbyt długo i woda w rurach zamarzła raptem na kilka dni. Trzeba będzie jednak uzupełnić zapas deszczówki wodą ze stawu, bo porządnego deszczu nie było już u nas przez kilka dobrych tygodni.

Stan liczebny ulega ciągłym zmianom: trzy konie, pies, kot, trudna do określenia liczba kaczek na stawie. Niestety, wszystko wskazuje na to, że na wiosnę nie będzie żadnej pszczoły. Nie potrafię jeszcze określić dlaczego, wydaje się jednak, że pszczoły nie przetrwały zimy. Mimo, że wszystko zrobiłam zgodnie z zaleceniami starszych i mądrzejszych, to w ulu chyba nie będzie życia tej wiosny…

Ziemia odmarza, puszcza wodę, wszędzie głębokie błoto. Jesienią zbudowałam z desek wyniesione grządki, drewniane koryta które wyścieliłam tekturą. Wypełniłam je ziemią wymieszaną ze słomą, końskimi kupami i domowym kompostem. Na tak przygotowanym podłożu w tym roku zagoszczą pomidory, ogórki, cukinie i dynie. Za kilka tygodni ożywię nasionka, które zebrałam ubiegłego lata z dojrzałych owoców. Życie wraca…

Wyłączam radio, otwieram okno, słucham ptakow.

IMG_2676

 

Puść się

img_2478.jpg

Zanurzeni w codzienności nie zauważamy etapów które przekraczamy. Skupieni jesteśmy na rozwiązywaniu bieżących problemów i obraz całości umyka nam niepostrzeżenie. Kiedy w życiu pojawiają się dzieci, wraz z nimi przychodzi niezwykle dużo nowych obowiązków. Trzeba poświęcić się bez reszty pielęgnacji malucha, zdrowemu odżywianiu, trzeba go pocieszyć gdy płacze i rozweselić, gdy się smuci.

Kiedy skończył 9 miesięcy, nie zaczął chodzić, on od razu zaczął biegać. Zaraz potem skakał, wspinał się i regularnie spadał. Stałam pod każdą drabinką z którą się mierzył, wyciągałam ręce a on wchodził coraz wyżej, zupełnie pozbawiony lęku.  Nigdy nie potrzebował do tego szczególnej zachęty, zdobywał wszystkie przeszkody bez pytania „czy może”. Mimo to zazwyczaj zdążałam w porę, żeby złapać go gdy spadał albo nie dopuścić by wszedł zbyt wysoko. Pamiętam jak łapałam go za nogi w ostatnim bezpiecznym momencie i krzyczałam: „Puść się”, ściągając pewnym ruchem w swoje ramiona.

Kiedy w miniony weekend uczył mnie jak pokonać ściankę wspinaczkową, musiałam za każdym razem pytać: „czy mogę wejść”! Pokazywał mi jak bezpiecznie chwytać, jak przesuwać ręce i przyklejać się do ściany. Weszłam dość wysoko, szybko pokonując własne lęki, wspinaczka okazała się dla mnie łatwiejsza niż się spodziewałam. Wyzwanie pojawiło się jednak w zupełnie innym momencie. Kiedy utknęłam gdzieś pod sufitem, zawieszona na linie asekuracyjnej, której drugi koniec trzymał w rękach mój Syn, poczułam lęk. On wołał do mnie z dołu: „Puść się” a ja miałam zaufać i odepchnąć się od ściany.

Przez głowę przeszły mi wtedy te wszystkie myśli. Jak bardzo zmieniła się sytuacja, teraz on będzie mnie asekurował, teraz to on stoi na dole i czuwa nad moim bezpieczeństwem. Kiedy to wszystko się wydarzyło? Jak to możliwe, że nie zauważyłam? W jednej chwili zrozumiałam, że w tej konkretnej sytuacji nie ma na świecie osoby, której mogłabym tak bardzo zaufać, jak jemu. Że ta budowana przez lata relacja na tym właśnie polega, na wzajemnym asekurowaniu się w życiu.

Odepchnęłam się od ściany i zjechałam, prosto w jego ramiona. Bardzo jestem Ci wdzięczna Synku, za tą lekcję ❤

IMG_2464

Idzie wiosna

IMG_2461.JPG

Pierwszym sygnałem nadchodzącej zimy jest zawsze długa i gruba sierść pojawiająca się na grzbietach koni. Zaraz potem trzeba wyłączyć lodówkę, bo niewielki panel solarny nie jest już w stanie dostarczyć wystarczającej porcji prądu. Wchodzimy w okres ciemności, spędzając wieczory przy świecach, wpatrując się w blask drewna w kominku. Życie płynie tutaj w rytmie natury, sen przychodzi wcześnie, jest głęboki i długi, a całe stworzenie porusza się wolniej i mniej jest chętne do zabawy.

Kiedy większość ludzi nie myśli jeszcze o zbliżającej się wiośnie, u nas widać jej wczesne sygnały. Pierwszym z nich jest światło w lodówce. Zanim jeszcze moje tulipany i pierwiosnki wysuną się z zamarzniętej ziemi, pracę podejmuje panel solarny, dając nam znowu wystarczającą ilość prądu, żeby przez całą dobę zasilać maleńką lodówkę. Dzień staje się zauważalnie dłuższy, nawet jeśli oko człowieka tego jeszcze nie rejestruje, oko naszego zasilania wraca do życia.

To niby drobiazg, bo w jesienno – zimowych miesiącach przechowywanie jedzenia nie stanowi większego problemu. Zdarzają się rzecz jasna sytuacje zabawne, kiedy serem chłodzonym na werandzie poczęstuje się pies, albo kiedy konie dobiorą się do ruskich pierogów tuż przed wigilią. Jednak na co dzień sytuacja jest stabilna i przewidywalna, zimowa aura sprzyja przechowywaniu żywności.

W tym roku pierwsze, długie i słoneczne dni pojawiły się pod koniec stycznia. Światło w lodówce znowu zaświeciło, dlatego mówię Wam, idzie wiosna ❤

Złość

img_2376

Wdzięczność jest uczuciem, które Wszechświat najbardziej lubi. I choć staram się pielęgnować w sobie dobre uczucia, to dzisiaj czuję złość.

Za oknem piękne słońce, lekki mróz, warunki idealne do biegania. Tylko, radar pogodowy woła: STOP!!!! Zostań w domu, powietrze nie nadaje się do życia!!! Czy wszystkie filmy science fiction stały się nagle rzeczywistością?

Kilka tygodni temu usłyszałam przypadkiem w radio informację, że w Poznaniu z okazji 100 lecia uzyskania przez kobiety praw wyborczych zapytano poznanianki w sondzie ulicznej, czego im najbardziej potrzeba. Odpowiedź mnie zasmuciła: „Potrzeba nam czystego powietrza!” W XXI wieku, kiedy ludzie latają w kosmos a procesory komputerowe są w kuchenkach mikrofalowych, najbardziej brakuje nam POWIETRZA?

Kiedy to się stało? Jak to możliwe, że nie zauważyliśmy kiedy straciliśmy nasze podstawowe prawa na rzecz rozwoju gospodarczego? Prawo do czystego powietrza, do czystej wody, do dzikich lasów i do zwierząt w nich żyjących. Czy przeoczyłam moment, w którym ktoś zaczął podejmować takie decyzje? Czy dałam komuś niczym nie ograniczone prawo do działania w moim imieniu również na moją niekorzyść? Yuval Noah Harari w swoich książkach nie przewiduje happy endu, przyszłość z „Krótkiej historii jutra” jest przygnębiająca.

Biegając dzisiaj w górach zobaczyłam na własne oczy, w jak brudnym powietrzu żyjemy, jakim smogiem oddychamy. Powyżej, był tylko błękit nieba i szczyt Ślęży, która jakby ostatnim wysiłkiem unosiła swój wierzchołek ponad chmury, żeby nabrać jeszcze jeden łyk czystego powietrza.

img_2379

Opowieść wigilijna

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_5a75.jpg

Nauczyciele duchowi zgodnie twierdzą, że na pewnym, głęboko duchowym poziomie doświadczenia Wszechświat posiada tylko liczbę pojedynczą. Że ponadczasowa Jaźń wypełniająca wszystkie poziomy istnienia jest jedynym i niepodzielnym continuum Miłości. Moje indywidualne ego istnieje tylko w mojej świadomości i stworzone zostało poprzez otaczającą mnie kulturę, tradycję i wychowanie. Pisze o tym Ken Wilber, że na głębokim poziomie doświadczenia duchowego scalamy się z Jednią, która jest wszystkim i zarazem jedynym co istnieje.

Anthony de Mello pisał, że trzeba być uważnym, bo wszystko co robimy, wypływa z egoizmu. Każdy mój dobry uczynek powiększa moje ego: kiedy uda mi się trudna asana, albo kiedy komuś bezinteresownie pomagam, rośnie moje ego, zatem, pomagam z egoizmu. Jezus mówił przecież : „niech twoja lewa ręka nie wie o tym, co robi prawa” (Mt. 6. 3)

Co zrobić zatem z tym niezwykłym szczęściem płynącym z pomagania innym? Jak zinterpretować radość z tego, że mogę Jej pomoc? Czy sama siebie okłamuję i robię to wszystko z egoizmu, w pragnieniu rozwoju mojego własnego ego? Myślałam o tym przez kilka tygodni poprzedzających święta. Aż przyszło zrozumienie: nie ma nic złego w tym, że czuję szczęście, nie ma egoizmu w tym, że czuję radość pomagając starszej, samotnej osobie. Robiąc to dla niej, czynię na tej najgłębszej płaszczyźnie Jaźni lepiej jej i jednocześnie, lepiej sobie. Istnieje przecież tylko liczba pojedyncza.

Wiele razy zastanawiałam się czy jeśli ktoś zapuka do moich drzwi w wieczór wigilijny, czy znajdę w sobie odwagę, aby zaprosić go do stołu. Czy szerokim gestem odsunę drzwi i posadzę gościa przy pustym, gotowym jak nakazuje tradycja, nakryciu. Słowa, które powtarzam często w głowie: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie” wyznaczyły kierunek. Samotna Pani Eugenia zasiadła z nami do wieczerzy wigilijnej. I, jak to się często zdarza, nie ona otrzymała prezent, tylko my. Opowiedziała nam o swoim dzieciństwie na podwileńskiej wsi i o rodzinie dzielącej się miłością w dawno zapomnianych czasach. Potem, o latach wygnania na Syberii i o trwającej poł roku podróży do Polski. I jeszcze o spędzonych w samotności 65 latach. Rosjanie mówili o niej, że jest obca, bo jest Polką, Polacy mówili o niej, że jest obca, bo mówi po rosyjsku. W odległym już jak wileńska baśń dzieciństwie, matka, piękna i mądra kobieta, zaszczepiła w Pani Eugenii pragnienie, by umrzeć na polskiej ziemi…

W wypełniony magią, wigilijny wieczór, Pani Eugenia wyciągnęła spod białego obrusu bardzo długie źdźbło sianka i powiedziała: „To oznacza dłuuugie życie! Wkrótce zniosą wizy dla Polaków, więc zabierzcie mnie do Ameryki. Mam zamiar dożyć tam 130 lat!”

Wesołych świąt!

Nauczyciel

IMG_1784

I przychodzi taki dzień, kiedy Twój Nauczyciel staje u Ciebie na praktyce, na poczatku maty. Wiem, bo tego doświadczyłam…

Uczylam się u róznych Mistrzów, praktykowałam na warsztatach lub na regularnej praktyce u różnych osób. Ale, tyko jedną z nich mogę nazwać swoim Nauczycielem. Mateusz przyjął zaproszenie, poprowadził warsztaty w naszej Szkole. Ale, jakiś czas temu, jeszcze w Poznaniu Mateusz zaprosił mnie do współtworzenia swojego Dzieła, do zajęcia zaszczytnego miejsca Nauczyciela, w Jego szkole, Yoga Academy w Poznaniu. Poczułam się wyróżniona, byłam szczęśliwa mogąc zająć takie godne miejsce. I stało się tak, że na jednym z pierwszych Mysor’ów na macie wśród uczestników stanął mój Nauczyciel. Nie potrafiłam wtedy wydusić z siebie słowa. Nie potrafiłam zaintonować mantry, wydać z siebie żadnego słowa, bo ta magiczna zmiana miejsc była dla mnie paraliżująca.

Cudownie jest zająć znowu pozycję ucznia. Wrócić na matę i wśród innych uczestników, podjąć pratykę w grupie. To wspaniałe, uwalniające uczucie, móc oprzeć się na swoim Nauczycielu. I choć droga jest zawsze indywidualną, wąską ścieżką, to z tyłu, za plecami zawsze stoi On, zawsze można się obejrzeć i on tam jest. Może nawet geograficznie daleko, a on może nawet nie wiedzieć, że właśnie dla mnie jego obecność ma takie znaczenie. Tylko ja wiem, że to jest Mój Nauczyciel… Za to zawsze będę wdzięczna. A wdzięczność, to jest podobno to uczucie, którym Wszechświat najbardziej się cieszy…