Uprość równanie

calculator-calculation-insurance-finance-53621.jpeg
Photo by Pixabay on Pexels.com
Teks powstał podczas pandemii COVID 19 i obowiązującego zakazu opuszczania miejsca za mieszkania, w kwietniu 2020 i został opublikowany na stronie internetowej Magazynu Yoga.

Ciężko jest pracować w domu. Życie skraca się do podróży pomiędzy komputerem, kuchnią, komputerem i łazienką. Monotonia, nuda, brak towarzystwa. Ale, ciężko jest w tych czasach pracować tak jak do tej pory, obsługiwać klientów, siedzieć przy kasie i mieć kontakt z dużą liczbą obcych ludzi.

Ciężko jest być w domu z dziećmi. Cały czas w gotowości, bez intymności, ciszy i czasu dla siebie. Ale, być w domu bez dzieci, które z jakiegoś powodu są właśnie zupełnie w innym miejscu  kraju, albo na świecie, też nie jest łatwo.

Ciężko jest być w domu z partnerem, znosić go całymi dniami, wchodzić sobie w drogę, przepychać się do komputera i ciągle negocjować tytuły filmów na wieczór. Ale, bez partnera jest jeszcze bardziej ciężko. Dla samego siebie zupełnie nic już nie chce się przygotować, nie chce się dla siebie nawet chcieć. Można bez wyrzutów przeleżeć w łóżku całe to odosobnienie, nie złapać wirusa ale na koniec wpaść w depresję.

Wszyscy czujemy to samo. Wszystkim nam jest ciężko. Jest w matematyce zasada, że jeśli ta sama wartość występuje po obu stronach równania, można ją pominąć, można równanie uprościć o tą wartość.

Uprośćmy swoje życie w odosobnieniu o cierpienie, o trud, skupmy się na pozostałych wartościach, takich jak bliskość, czas, dom. Może odnajdziemy wtedy zupełnie nową jakość i to skomplikowane równanie da nam niespodziewanie dobry wynik.

Samastitihi

60855C90-BD46-41D5-B111-172F7086E064_1_201_a

Codzienność toczy się wartkim strumieniem, niepostrzeżenie dni zamieniają się w miesiące, miesiące w lata. Pojawiają się miejsca w przestrzeni, adresy, miasta, czasem kraje. Wszystko mija, wszystko przepływa, pozostawiając tylko świadomość istnienia, w centrum tych wszystkich zmian, jakby nietkniętą.

Jest radość i smutek, doświadczam samotności, ale też prawdziwej bliskości. Miłość i cierpienie, spokój albo zamęt, wszystko co pojawia się w moim życiu przeżywam godnie. Te doświadczenia wpływają na codzienność, na podejmowane decyzje, są źródłem zmian, bo przecież zmiana jest jedyną pewną rzeczą w życiu.

I w tych doświadczeniach, zawirowaniach, w tych ciągłych zmianach jest jedna naprawdę, stała i niezmienna rzecz w życiu: „Samastitihi, stajemy na początku maty”. Prawdziwą wartością jest mieć takie narzędzie do mierzenia swojej codzienności. Bez względu na moment w życiu, na uczucia, na plany czy na porę roku. Bez względu na miasto, kraj czy kontynent, staję na początku maty i przeglądam się w swojej praktyce jak w lustrze. Mijają lata, pojawiają się czasem ludzie, którzy z prawdziwą miłością rozkładają matę tuż obok mojej. A Ona tam niezmiennie trwa, moja codzienna, własna praktyka, na której zawsze mogę się oprzeć. Wdzięczna jestem…

 

O samotności

EB1C0C57-8F3E-487D-996E-05FB70FF08A5

Mówimy często, że żyjemy w dziwnych czasach, natłok informacji, szybkość przekazu, zalew danych. Wszyscy to znamy, na codzień przychodzi nam mierzyć się z niezliczoną ilością wiadomości, które musimy przesortować, odsiać to co zbędne, przeanalizować to co ważne. Czujemy się tym przytłoczeni, zmęczeni, dlatego wracamy myślami do lat dzieciństwa, kiedy nie było jeszcze internetu, telefonów komórkowych ani obowiązku bycia na bieżąco. Wydaje nam się, że było wtedy inaczej, lepiej.

W książce „Sztuka samotności” Stephen Batchelor, brytyjski mnich buddyjski i nauczyciel medytacji, pisze o swojej duchowej drodze. W krótkich rozdziałach opisuje medytacyjne doświadczenia, które były jego udziałem. Uzupełnieniem kompozycji książki opartej na wspomnieniach są obszerne fragmenty zapisków Michela de Montaige XVI wiecznego męża stanu, polityka, królewskiego doradcy, a w ostatnich latach życia również myśliciela i filozofa.

Pod koniec swojego życia Montaige rezygnuje z piastowanych stanowisk i z udziału w politycznym życiu Francji, oddając się całkowicie życiu w samotności. Swoją trzypiętrowa, warowną wieżę przebudowuje, zmieniając ją w miejsce odosobnienia. Renesansowy myśliciel ubolewa w swoich pracach nad podbojem Meksyku i Brazylii przez Francuzów i Portugalczyków. „Tyle miast zrównanych z ziemią, tak wiele narodów wymordowanych, tak wiele milionów ludzi skazanych na śmierć najpiękniejsza i najbogatsza część świata wywrócona do góry nogami: wszystko z powodu handlu perłami i pieprzem.”

W innym miejscu pisze o zgiełku życia, o problemach z jakimi się boryka, „u siebie, w zatłoczonym domu pełnym wielu gości, widzę tłum ludzi, ale rzadko tych, z którymi lubię rozmawiać.” W samotności Montaige odnajduje lekarstwo na zgiełk codzienności: „Powinniśmy wydzielić pokój na tyłach sklepu, tylko dla siebie, pokój odizolowany, będący naszą przestrzenią odosobnienia, gdzie wykształcimy naszą prawdziwą wolność.”

Nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa jest tylko złudzeniem, nie było w nich wcale więcej spokoju ani ciszy, tak jak nie było w XVI wieku, kiedy rozmyślania swoje prowadził Michel de Montaige. Wtedy zmartwieniem była kolonizacja, teraz martwimy się zagładą całej planety, kończącymi się zasobami i rabunkową gospodarką. Jednak, to nie zewnętrzne okoliczności, nie konkretne problemy są rzeczywistym źródłem stresu. To nie przez internet czy natłok informacji, to nie przez nowoczesność ani tempo życia czujemy się zmęczeni. Od wieków, każdy człowiek ma do pokonania tą samą drogę, do wykonania tą samą pracę: podróż do samego siebie. Tylko w ten sposób można odzyskać spokój, niezleżnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć, bowiem „największą umiejętnością jest wiedzieć, jak być dla siebie”.

I nie chodzi o to, żeby pozostać do końca życia w swojej pustelni, żyć w samotności i oderwaniu od świata, bo jak pisze Montaige: „Prawdę mówiąc, samotność poszerza moje horyzonty i rozwija mnie na zewnątrz: chętniej oddaję się sprawom państwa i szeroko pojętego świata, gdy jestem sam.”

Wszystko co niezbędne masz w sobie

unnamed

W Poznaniu jest mural, z wierszem Barańczaka, z wierszem który kilka razy w życiu był dla mnie drogowskazem i którego chwytałam się jak koła ratunkowego.

„Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?

Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”

Obecna sytuacja w Polsce i na świecie wyraźnie pokazuje, że nic w naszym życiu nie jest stałe, że mamy tylko złudzenie kontroli i w tym wyobrażeniu żyjemy, ciesząc się chwiejnym poczuciem bezpieczeństwa.

Tymczasem, wszystko może zostać nam odebrane, wszystko może się skończyć. Świat, jaki znaliśmy, poczynione plany, wyznaczone zadania, zarezerwowane urlopy, w jednej chwili mogą zniknąć, właśnie tak jak stało się teraz. Co wtedy pozostaje, na czym można się oprzeć?

Byłam w takiej sytuacji już kilka razy w życiu, dlatego dzisiaj czuję się silna i spokojna. I mogę napisać tu bazując tylko na własnym doświadczeniu, że wszystko co niezbędne do tego, żeby się podnieść i pójść dalej każdy człowiek nosi w sobie. Siła niezależna od okoliczności zewnętrznych, zamknięta głeboko w sercu, jest jedynym niewyczerpanym źródłem mocy. Dobrze jest mieć jakąś własną, sprawdzoną metodę dotarcia do tych pokładów, dla mnie narzędziem które zawsze otwiera serce jest praktyka Ashtanga Yogi.

Ale, nie trzeba wiele, wystarczy usiąść na balkonie, na łące, wśród drzew, zamknąć oczy i poczuć w sobie oddech. Wystarczy uświadomić sobie tą najważniejszą prawdę umożliwiwjącą wszystko: ŻYJĘ. Świat wokoł toczy się dalej, ptaki wiją gnazda, kaczki rozpoczęły taniec godowy, psy zrzucają zimową sierść, świat nadal istnieje, a życie wprost tryska z otaczającej nas przyrody. Dlatego warto chwycić się tej jednej, prawdziwej myśli: JESTEM. A skoro jestem, to wszystko mogę zacząć jeszcze raz. Wystarczy mata do jogi i buty do biegania i naprawdę, można zawsze zacząć od początku.

Bo wszystko co niezbędne do tego, żeby się podnieść i pójść dalej, masz w sobie.

IMG_2887

 

Słowa

06D520E5-3588-496C-9802-996EDF28CA27

Męczy mnie nadmiar słów. Gubiąc się w ich mnogości, zastanawiam się czy istnieje w ogóle jakikolwiek sposób na porozumienie pomiędzy ludźmi.

W książkach Kena Wilbera, wielokrotnie pojawia się zdanie, że „mapa to nie jest terytorium, mapa to nie teren”, to jedynie przybliżony, skrócony i uproszczony obraz rzeczywistości. Posługując się z góry ustalonym kodem, przyjmujemy, że pewne obrazy graficzne mają swoje znaczenie: czarne linie to zazwyczaj tory kolejowe, niebieskie to rzeki a czerwone to granice. Każda osoba znająca kod potrafi zatem odczytać mapę i wyobrazić sobie teren w zbliżony sposób. Jednak, nie jesteśmy w stanie zamknąć na mapie wyjątkowego piękna okolicy, zjawiskowego zachodu słońca, który tylko wiosną przebarwiając chmury na czerwono podkreśla czarną linią zarys gór na horyzoncie. Nie odczytamy z mapy zapachu trawy skoszonej w czerwcu, nie usłyszymy śpiewu skowronka w południe ani ryków jeleni jesienią. To wszystko pozostaje w zamkniętej przestrzeni indywidualnego doświadczenia i które jako takie jest jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne. Nieopowiadalne.

Tak samo jest ze słowami. Umówiliśmy się, że niosą one pewne określone znaczenia, dlatego bardziej lub mniej możemy się porozumieć. Mówiąc pies, widzimy czworonoga i nie jest to kot, bo ten obrazek przypisany jest do innego słowa. Mówiąc zatem: „czuję złość”, „czuję smutek”, „czuję miłość” używamy określonego kodu i odbiorcy naszych słów interpretują wypowiadane przez nas słowa w sposób sobie tylko znany, nadając indywidualny sens naszej wypowiedzi w oparciu o swoje własne doświadczenia.

W jaki jednak sposób można przekazać naprawdę przejmujące, indywidualne uczucia? Jak opowiedzieć słowami całą głębię przeżyć i doświadczeń, jak dotrzeć ze swoim przekazem do drugiego człowieka? Czy jest w ogóle możliwe wyjście poza określone znaczenia i osiągnięcie prawdziwego zrozumienia? Elitarnym nośnikiem pozbawionym zakodowanych znaczeń może być sztuka: dźwięk i obraz. Zasięg ma jednak ograniczony, bo nie każdy obdarzony jest przecież artystycznym talentem.

Ale, uniwersalnym nośnikiem niezakodowanych treści, dostępnym dla każdego i zawsze w zasięgu ręki jest medytacja, jest CISZA. Doświadczana jednak tylko indywidualnie…

 

Happy birthday

Wstałam na długo przed świtem, cicho zebrałam się i wyszłam w ciemność. Wokół panowała absolutna cisza, nie było słychać szumu morza ani odgłosów z plaży, nawet koguty jeszcze spały. Żadnych latarni ulicznych, mrok rozjaśniały tylko lampy na ścianach domów, miejsca pomiędzy nimi były absolutnie ciemne.

Codziennie zaczynam praktykę chwilę po 8.00 rano, ale dzisiaj był dla mnie szczególny dzień. Zapytałam Sharmilę kilka dni temu, czy mogę w dzień moich urodzin przyjść wcześniej, przed świtem, żeby wraz z pierwszą grupą praktykujących zaśpiewać mantrę inaugurującą. Zgodziła się.

Weszłam do Shali, która była pogrążona w półmroku, tylko rozstawione pod ścianami liczne lampki oliwne wypełniały przestrzeń ciepłym, drżącym światłem. Po przeciwnej stronie alabastrowy Ganesha przystrojony świątecznie, ozdobiony wieńcami z kwiatów, wśród dymów kadzidła. Przed nim, w bezruchu, na podłodze w absolutnej ciszy, kilkadziesiąt osób.

Weszłam bezgłośnie, chciałam usiąść cichutko pod ścianą, bojąc się w jakikolwiek sposób zakłócić ten magiczny moment, ale Sharmila zauważyła mnie i podeszła, wskazała wolne miejsce na podłodze i powiedziała: „Możesz zacząć tutaj”.

Usiadłam na macie, w tej ciszy i półmroku, na chwilę zapadłam się w sobie. Za oknami Shali, po bokach Ganeshy zupełna ciemność. Słychać oddechy.

Nawet nie wiem kiedy, zupełnie bezgłośnie Sharmila stanęła obok posągu, wtedy wszyscy wstaliśmy i zabrzmiało głośne i mocne Ommmmm. Powtarzaliśmy za Nauczycielką każdy werset mantry, nasze głosy wypełniły przestrzeń, Wszechświat zamknął się na chwilę w tej Shali. Poczułam absolutną jedność z tymi ludźmi, z tym miejscem, z tą praktyką, łzy popłynęły mi po policzkach, poczułam wdzięczność.

Potem każdy z nas poszedł swoją ścieżką, przez praktykę, w rytmie własnego oddechu. Pojawiło się znowu, mityczne, wielorękie i wielonogie, mityczne zwierzę, które wraz z nami, poruszało się oddychając głęboko. Zanurzyłam się w oddechu. Powoli, za oknami pojawiały się pierwsze kształty, usłyszałam gdzieś w oddali pianie koguta. Budził się dzień.

Puściłam wolno swoje ciało, niczego dzisiaj nie oczekiwałam, nie napierałam, ani nie cisnęłam bardzo. Chciałam się sobą zaopiekować, dać sobie najpiękniejszy prezent, poranną, kojącą praktykę z Cudownym Nauczycielem. Przepełniało mnie szczęście. Za oknami pojawiły się pierwsze barwy, budził się kolejny, słoneczny dzień.

Kiedy Sharmila podeszła do mnie, żeby pomóc mi w pogłębianych mostkach, złożyłam dłonie na klatce piersiowej i wyszeptałam ze łzami w oczach: „Thank you for this beautiful morning”. „Happy birthday Iwona”- odpowiedziała. I świat się do mnie uśmiechnął…

Każdy jest jednocześnie uczniem i nauczycielem

„Pozycje, które nam nie wychodzą uczą nas najwięcej”. Usłyszałam dzisiaj te słowa, podczas satsangu z ust Sharmili. Jakbym kiedyś już gdzieś to słyszała… Cudownie jest być nauczycielem, ale jednocześnie jestem też uczniem i słyszę te same słowa, które kieruję do Was. I mam wtedy pewność, że nauka czerpana wprost ze źródła jest taka sama jaką przekazuję dalej.

Mój pierwszy tydzień był bardzo spokojny, praktyka była bezpieczna, nie przekraczałam żadnych granic, wszystko toczyło się w mojej strefie bezpieczeństwa. W drugim tygodniu lekko wychyliłam się poza tą strefę, wchodząc z entuzjazmem w drugą serię Ashtanga Yogi. Bardzo tego chciałam, każdego dnia dostawałam od Sharmili kolejną pozycję, każdego dnia uczyłam się czegoś nowego, wydłużając codziennie swoją praktykę. Znam drugą serię i doskonale wiedziałam, że ONA tam jest, asana której się boję i która jak spiżowa brama zamyka przede mną od wielu lat dalszą część praktyki. Mogłabym próbować zrobić cokolwiek, coś na kształt pełnej pozycji, przejść nad nią niezauważenie i pójść dalej, ale chciałabym wejść w pozycję głęboko, otworzyć ciało i już go nigdy nie zamykać. Dlatego, czekałam z utęsknieniem na spotkanie z własnym lękiem.

Kiedy to się stało, kiedy po raz pierwszy dostałam od Sharmili kolejną pozycję i stanęłam oko w oko z Kapotasaną, od razu chciałam uciec. Nie robić jej już więcej, wrócić do mojej ukochanej, pierwszej serii, zaszyć się w poczuciu bezpieczeństwa. Wszystko się wydarzyło: rozbolało mnie ramię, poczułam ból w dole pleców, kłujący ból w stawie barkowym i pojawiły się siniaki na kolanach. I do tego łzy na macie, bezradność, lęk, niechęć. Kiedy następnego dnia rano znowu stanęłam na macie, uczuciem które przeważało był strach. Pomyślałam, że mogłabym przecież nie robić, mogłabym zostać w pierwszej serii, powiedzieć, że się źle czuję…

Dzisiaj piątek, spotkanie z Sharmilą, kilka słów od Nauczyciela na temat praktyki. I to zdanie, że „to, co dla nas trudne, uczy nas najwięcej”, przecież doskonale mi znane, dociera do mnie po raz kolejny, w zupełnie inny sposób. Wszystko jest mi potrzebne, ten ból, ten strach i to uczucie przekraczania granicy, wychodzenia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Kiedy tam jestem, kiedy z tymi wszystkimi emocjami się konfrontuję, nie zostaje już nic więcej, tylko oddech. Nie ma miejsca na myślenie, na strategie, na negocjacje, jest tylko czas na doświadczenie siebie, w samym centrum Istnienia.

Jutro sobota, dzień bez praktyki, bardzo cieszy mnie perspektywa odpoczynku. Ale, jeszcze bardziej cieszę się tym, że mam przed sobą jeszcze jeden tydzień, ten ostatni, ten którego bardzo potrzebuję. Bez tych trzech poprzednich, ten czwarty, ten najważniejszy, nie mógłby się wydarzyć. Czas mojego spotkania z własnym lękiem.

Nie zawsze dostajesz to czego pragniesz, zawsze to czego potrzebujesz.

Połowa za mną. Połowa przede mną. Spoglądam za siebie, na te dni które minęły i staram się zebrać to, co się zdarzyło.

Niezwykłym bogactwem praktyki jogi w takim miejscy są spotkania. Przyjechali tutaj uczniowie z całego świata, żeby doświadczać praktyki Ashtangi pod okiem Sharmili. Podczas kilku pierwszych dni spędzonych tutaj, miałam ciekawe doświadczenie. Siedząc po południu na plaży, obserwując przechodzących ludzi, wśród zwykłych turystów z Rosji od razu wyłapałam kilka pięknych Osób. Starsze małżeństwo idące za rękę codziennie przed zachodem słońca, piękną Azjatkę z głębokim spojrzeniem, drobną, zupełnie krótko obstrzyżoną dziewczynę, o wyrazistych ruchach czy wesołych, czarnowłosych braci, o południowoeuropejskim temperamencie. Jak się okazało, wszystkich ich odnalazłam potem w Shali. To prawdziwe bogactwo, poznawać ich i dzielić z nimi praktykę.

Wyjeżdżałam z Polski i nie miałam oczekiwań, ale mimo wszystko muszę przyznać, że miałam pewne plany: chciałam pogłębić niektóre pozycje, nauczyć się kilku skoków, myślałam, że może będą jakieś zajęcia warsztatowe, poświęcone pewnym grupom asan. Kiedy na samym początku okazało się, że nie będzie Serii Prowadzonej, że spotykać się będziemy tylko na praktyce w stylu Mysore, byłam trochę zawiedziona. Do tej pory, wielką przyjemność dawały mi sesje prowadzone przez nauczyciela, w jednym rytmie i oddechu z innymi uczniami.

Tymczasem, dostałam coś zupełnie innego, coś czego na pewno potrzebowałam bardziej niż techniki w pozycji. Dostałam ciszę, skupienie i powolność w praktyce. Poczułam, jakby ktoś wlał do mojego serca duchowość, wypełnił Ashtangę treścią. Wchodząc na matę, zaczęłam celebrować każdy oddech, każdy pojedynczy ruch czy ułożenie dłoni. Wszystko stało się ważne, pragnę, żeby moje ciało wyglądało pięknie, żeby ruszało się w rytmie oddechu.

Codziennie, poza sobotą staję na początku maty, przeglądając się w swojej praktyce. Codziennie jest inaczej, a obserwowanie zmian w moim ciele i mojej głowie jest sednem Ashtangi. Zanim zacznę, składam dłonie w namaste i w ciszy śpiewam mantrę inaugurującą, która jest hymnem wdzięczności do Patandżalego. Mantra końcowa jest jednak zupełnie inna, jest wysłaniem do Wszechświata tej pięknej i dobrej Energii, którą budzimy w sobie. Kończąc praktykę, niezmiennie czuję jak zalewa mnie fala wzruszenia i wdzięczności do Wszechświata za to, że dane mi było stanąć na tej ścieżce. Dlatego, ta mantra płynie wprost z serca. Do świata. Do Was…

Niech szczęście u wszystkich ludzi zagości,

Niech rządzący nas wiodą ścieżką cnoty,

Niech wieczne będą dobro i świętości,

Niech świat się przepełni radością.

Psie życie

Pies, który przywitał mnie pierwszego dnia na Shali, pojawia się tutaj regularnie. W zasadzie pojawiają się dwa, bliźniaczo do siebie podobne. Ostatnio, pod koniec praktyki, kiedy nieliczne osoby kończyły swoją sekwencję, jeden z psów wszedł pomiędzy maty, zbierając swoją porcję miłości od uczniów. Nikt go nie przepędził ani nie wyrzucił. Wręcz przeciwnie, bez obaw położył się na macie Basi, więc Sharmila przyniosła dla niej dywanik, żeby mimo wszystko mogła wygodnie położyć się w relaksie obok niego.

Poza Shalą, psy mają tutaj ciężkie życie, w ogromnej większości są bezdomne, co jeszcze nie jest jakąś tragedią, bo klimat jest raczej łaskawy. Ale, są bezpańskie, a to już jest smutne, bo pragną bliskości człowieka, dotyku i pieszczoty za uchem. Zdarza się, że jeden, przebiegając po plaży zatrzyma się w pobliżu mojego ręcznika, rozciągnie w cieniu swoje ciałko. Myślę sobie, że wtedy śni o tym, że znalazł swojego właściciela, że teraz będzie miał swojego człowieka, który będzie go już zawsze karmił smakołykami.

Z drugiej jednak strony, można pomyśleć, że te psy prowadzą szczęśliwe życie Wolnych Duchów. Mogą chodzić gdzie chcą, bez smyczy czy kagańca, kiedy mają ochotę na kąpiel, to moczą tyłki w morskiej wodzie, a kiedy na drzemkę, kładą się w cieniu palmy. Wśród śmieci, zawsze znajdą jakieś resztki pożywienia. Wszystkie potrzeby mają zaspokojone.

Te nieliczne, które mają jednak swojego Człowieka, wychodzą na spacery na smyczy. Piją słodką wodę i dostają miskę karmy na czas. Ale, mieszkają za stalowym ogrodziem, godzinami wylegują się na betonowych schodach, tęsknym spojrzeniem wodząc za bezdomnymi, ale jednocześnie za wolnymi braćmi.

I tylko psy z Shali zdecydowanie różnią się od wszystkich innych. Bo nie tylko potrafią osuszyć łzy wdzięczności na policzkach, nie tylko asystują w relaksie, ale przede wszystkim śpiewają mantry! Kiedy wtorkowe, popołudniowe spotkanie poświęcone „detalom w praktyce” dobiegało końca, Sharmila złożyła dłonie i zaintonowała Om….. Wszyscy zgromadzeni wokół niej, zrobili to samo. I niespodziewanie, do tego chóru ludzkich głosów dołączył pies! Leżący cicho w kącie Shali, ożywił się na dźwięk śpiewanej mantry i zaczął głośno zawodzić. Sharmila uśmiechnęła się do nas po chwili i wyjaśniła, że ten pies po prostu uwielbia śpiewać mantry!

Zanurzając się w codzienności

Dni są tutaj do siebie podobne. Wstaję przed świtem, co nie jest wielkim wyzwaniem, bo słońce budzi się chwilę po 7.00. Ok. 8.00 jestem już w Shali, siedzę pod ścianą i przyglądam się. Pierwsza grupa rozpoczyna praktykę o 6.00 rano i średnio co godzinę, półtorej przychodzą kolejni uczniowie. Siadają, tak jak ja, pod ścianą z tyłu czekając, aż Nauczycielka cicho zaprosi na zwalniające się miejsce. Wszystko odbywa się tu w lekkim półmroku, w absolutnym skupieniu i ciszy, nikt nie rzuca matą, wszyscy są powściągliwi w ruchach, starają się robić swoją osobą jak najmniej zamieszania.

Lubię siedzieć i czekać. Przyglądam się wtedy innym, obserwuję ich pracę, słucham oddechów. Czasami słychać jak ktoś z kończących lub z zaczynających praktykę półgłosem śpiewa mantrę. To wyjątkowo magiczny moment.

Kiedy pierwszy raz słyszałam „Iłana” nie byłam pewna, czy chodzi o mnie, z czasem jednak się przyzwyczaiłam, wstaję i idę wolnym krokiem, uważając na uczniów wokół mnie. Jestem zazwyczaj w drugim, rzadziej w pierwszym rzędzie. Alabastrowa figura Ganeshy rozczula mnie. Czasami łzy ciekną mi po twarzy i wtedy przez pół sekwencji pociągam nosem…

Staramy się praktykować w skupieniu, Sharmila mówi o tym, jak ważne jest żeby nie przerywać vinyjasy, nie wychodzić do toalety, nie rozpraszać się dodatkowymi, zbędnymi ruchami, robić tylko to, co jest przewidziane sekwencją. To dodaje mojej praktyce dostojeństwa.

Bo Ashtanga to droga duchowa i jak każda taka, wymaga ciszy i skupienia.

Lubię po śniadaniu spędzić czas na plaży. To niezwykły dodatek do tej wspaniałej przygody, jak bonus, albo premia świąteczna. Byłabym szczęśliwa mogąc po prostu praktykować Ashtangę przez miesiąc w Indiach. Ale mając jeszcze do dyspozycji morze i plażę, jestem w niebie!

Po południu idę do Shali jeszcze raz, żeby po prostu posiedzieć. To niezwykle kojący czas, wśród dymów kadzidła, w szumie wiatraków, siedząc na chłodnej podłodze odnajduję spokój. Alabastrowy Ganesha obejmuje mnie swoim ramieniem. Nie potrzebuję od niego więcej szczęścia, wystarczy mi, że tu jestem…

Zazwyczaj w większej grupie żegnamy słońce na plaży. To jest zawsze przyjemna okazja do wymiany doświadczeń, dzielenia się spostrzeżeniami. Zmrok zapada szybko, więc wcześnie kładę się spać.

Żyję w takim rytmie od niedzieli do piątku. Tylko sobota jest inna, wtedy nie mam praktyki a wolny dzień zachęca do podróżowania po okolicy. Na nic nie czekam: ani na wolne soboty, ani na poranną praktykę, ani na powrót do domu. Po prostu jestem. Zupełnie zwyczajnie, na drugim końcu świata. I poddaję się temu, co przychodzi…