Pragnąc mniej

7186D002-0FF3-47B6-94A4-5367C68E966D

Wstaje słońce. Pierwszym spojrzeniem omiatam padok, sprawdzam czy wszystkie konie są nadal na swoich miejscach. Wychodzę przed dom, pierwszym porannym tchnieniem poranka wyczuwam jesień. Lekka wilgoć w powietrzu, zapach opadłych liści. Pod nogami kot, pies duży, pies mały, jakaś mysz upolowana nie wiadomo przez kogo dziś w nocy. Rozpoczyna się nowy dzień. Jak mawia Dalajlama, „co dzień rodzimy się na nowo i każdego dnia możemy zmienić swoje życie na lepsze, żeby odnaleźć w nim radość”. Odnaleźć radość, a nie szczęście, bo „radość wykracza poza szczęście, które zbyt często zależy od okoliczności zewnętrznych”*.

Zewsząd docierają do nas informacje, że zasoby naszej planety dramatycznie się kurczą, że dysproporcje pomiędzy standardem życia w Europie a w innych częściach świata pogłębiają się w zastraszającym tempie. Mamy coraz bardziej wygodne życie, posiadamy coraz więcej a jednak brakuje nam radości, czujemy pustkę i ciągle poszukujemy sensu. Codzienność jest luksusowa, pełna udogodnień: pralka, zmywarka, suszarka, ogromny telewizor. Żyjemy życiem bohaterów z ulubionych seriali, kosztem odczuwania radości w swoim osobistym. Wojciech Eichelberger powiedział kiedyś: „Żeby podnieść poziom szczęścia i zadowolenia trzeba obniżyć poziom życia”. Spokojne i szczęśliwe życie mieszkańców nepalskich wsi, które podziwiałam kilka lat temu podczas trekkingu w Himalajach było dla mnie źródłem inspiracji. Nie potrzeba wcale wiele, żeby poczuć prawdziwą radość…

Karmię psiarnię i kociarnię, wracam do domu. Rozpalam w kominku, to jedyne źródło ogrzewania domku, który dwa lata temu zbudowaliśmy wśród łąk, własnymi siłami. Nie jest duży, ma tylko 36 m2 ale każdy wkręt użyty podczas jego budowy przeszedł przez moje ręce, każda deska, okno i drzwi. Nie ma tu luksusów, zmywarek, pralek czy telewizora, ale jest wszystko co potrzebne do szczęśliwego życia: ściany, dach, ciepło kominka. I bliskość. W miejscu, z którego o poranku spoglądam na Góry Sowie a wieczorem na Ślężę prowadzę niewielkie, spokojne i szczęśliwe życie. Obniżając poziom życia podniosłam poziom szczęścia. Nie ma tu prądu, więc kiedy słońce zajdzie za horyzont, pokój wypełnia się blaskiem ognia i świec. Życie toczy się zgodnie z rytmami natury. Nie ma tu bieżącej wody, jest tylko wielka beczka na deszczówkę, dlatego wraz z naturą współodczuwamy, kiedy latem przez wiele tygodni nie pada deszcz. Wodę zużytą do mycia naczyń czy płukania warzyw wykorzystuję do podlewania ziół rosnących w doniczkach. Nie marnuje się żadna kropla. Jest jeszcze staw, dzięki niemu możemy wykąpać się latem i morsować zimą.

Z jednej strony myślę często że mam tak niewiele, skromne, proste życie bez bieżącej wody prądu czy gazu. Ale, z drugiej strony czuję się niezwykle bogata: codziennie rano budzi mnie śpiew ptaków, wieczorem słucham koncertu żab, mogę obserwować przelatujące bociany, czasem szara czapla zatrzyma się nad stawem. Na wiosnę rodzi się źrebak, a zaraz potem, w gnieździe pod dachem stajni wykluwają się jaskółki. Jesienią karmię pszczoły, wśród liści zbierają się jeże, wieczorami słychać porykiwania jeleni. Co rano rozwijam nad stawem moją matę do jogi i z każdym wdechem nabieram w swoje płuca kawałek Wszechświata, który jest moim domem. Z regularnej praktyki jogi płynie proste przeslanie: radość nie przychodzi z zewnątrz, jest Twoim najgłębszym duchowym stanem, który nie zależy od tego co masz, ale od tego co czujesz.

Kurczą się zasoby naszej planety. Dla dobra całej ludzkości trzeba będzie wyznaczyć nowe paradygmaty i ograniczyć konsumpcję. Ale, dla podniesienia własnego szczęścia i zadowolenia, już teraz warto obniżyć poziom życia. Z tego płynie nieograniczona radość.

* Cytat z „Wielkiej księgi radości” autorstwa Jego Świątobliwości Dalajlamy, Arcybiskupa Desmonda Tutu i Douglasa Abramsa.

Tekst ukazał się w grudniowym numerze magazynu Joga.

Dziękuję

IMG_7719

Żyjąc tu i teraz, rzadko oglądam się za siebie. Nie wspominam zanadto ani też nie planuję, całą swoją uwagę kieruję do tego co jest, co pojawia się w aktualnej chwili i w tym jednym momencie żyję.

Wczoraj jednak obejrzałam się za siebie i poczułam łzy wzuszenia na twarzy. Przyjechałam tutaj z Poznania, chciałam uczyć jogi, dzielić się tym wspaniałym sposobem na życie, tą fascynującą drogą. Założyłam Szkołę Jogi, choć życzliwi stukali się w czoło, byli przekonani, że nic z tego nie będzie, że przecież „tutaj nie ma takich ludzi”. Na początku przychodziły dwie, czasem trzy osoby, zdarzało się, że zajęcia w ogóle się nie odbywały. Z każdym miesiącem przybwały jednak nowe osoby, grupy się powiększały, sala wypełniała się, a seniorzy zaczęli rezerwować dla siebie maty.

To nie był żaden biznes plan, ani pomysł na zarobienie pieniędzy. To była czysta potrzeba podzielenia się własną miłością, pokazania innym drogi, która ciągle mnie zachwyca i fascynuje. I chyba dlatego właśnie się udało…

Wczoraj wieczorem, grupa Ashtangis wypełniła szczelnie swoimi matami podłogę w Szkole. Nie pozostał żaden skrawek wolnego miejsca. Pierwsze Ommmm zadrżało w moim sercu silnym, mocnym głosem, poczułam swoje miejsce wśród tych głosów, tych mat, tych ludzi. Poczułam się szczęsliwa wśród Was. Wspólna praktyka, w rytm jednego oddechu, zaparowane okna, krople wody na parapecie i Wasze uśmiechy, prawdziwe szczęście wymalowane na twarzach. To wszystko pozwoliło mi poczuć, że się udało! Zrozumiałam, że przekazałam Wam to, co sama czuję, co mnie zachwyca i daje mi szczęście, zrozumiałam, że nie muszę o tym już mówić, bo doskonale czujecie co może dać praktyka jogi.

Wdzięczność wypełnia moje serce, za ścieżkę, którą sama podążam i za Waszą gotowość wyruszenia w tą samą podróż. Bo ludzie są wszędzie tacy sami, mają te same potrzeby, tęsknoty i pragnienia. Czasami tylko potrzeba impulsu, jakiegoś bodźca z zewnątrz, jakiejś inspiracji, żeby się obudzić i zacząć doświadczać czegoś nowego.

Za dzisiaj, za wczoraj, za te wszystkie wspólne dni na macie, w Dzierżoniowie, w Poznaniu, w Luboniu… za Waszą obecność i za Wasze zaufanie z całego serca dziękuję. I Tobie Mateusz ❤  za to że to wszystko stało się możliwe…