O przekraczaniu lęku

10945811_813878458671393_264944324496643925_o

Na pierwszym warsztacie dotyczącym Drugiej Serii Ashatangi byłam już w 2014 roku. Pod czułym okiem Kasi w Surya Yoga doświadczałam kolejnych asan, nie mając pojęcia, co one będą dla mnie oznaczały w kolejnych latach. Miałam wtedy pusty umysł, zupełnie jak w zen, u Suzukiego, „umysł początkującego”. Radośnie przechodziłam z pozycji, do pozycji, nie przejmowałam się tym, że niektóre z nich zupełnie mi się nie udają, bo kładłam to na karb małego doświadczenia.

Mijały lata, a doświadczenie nie wzrastało. Mój umysł wypełniał się za to obawami. Kolejne warsztaty wcale nie pomagały, raczej dostarczały nowych informacji, które to zniechęcały mnie do regularnej praktyki bardzo skutecznie. 

Doskonaliłam za to Pierwszą Serię. Czułam się w niej wspaniale, naprawdę zaczęłam skupiać się na drobiazgach, pozostawałam w bezpiecznej, ale nie przynoszącej żadnego rozwoju strefie komfortu. Drugą Serię omijałam szerokim łukiem, nawet o niej nie myślałam, bo doskonale już wiedziałam, że boję się nieznanego, boję się tego, co mi nie wychodzi.

Przeczytałam dzisiaj słowa mojego jogowego kolegi o tym, że w Ashtandze ciało zapamiętuje kolejne pozycje a umysł jest wtedy cichy i spokojny. Pięknie napisane, ale to nie o mnie. Od jakiegoś czasu mierzę się bowiem z potworami Drugiej Serii, a mój umysł jest wtedy niezwykle rozmowny! Przed praktyką najczęściej pojawiają się w mojej głowie niezwykle pilne sprawy do załatwienia, mam ich tyle, że zupełnie uzasadnione byłoby dzisiaj zrezygnowanie z zajęć. Podczas praktyki najczęściej słyszę: już dosyć, wystarczy jedna próba, naprawdę świetnie ci poszło nie musisz już powtarzać, najlepiej teraz skończ… Mam wrażenie, że niewiele dzieli mnie od tego, żeby wstać i wyjść, zostawić pustą matę i uciec.

Wykuwam kolejne pozycje w pocie i w bólu. Zmuszam się, mobilizuję i nie pozwalam już sobie na słabość. Ale, to ciągle kosztuje mnie bardzo dużo, kończąc praktykę jestem wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Każdy z nas może zostać tam, gdzie czuje się bezpiecznie i komfortowo. Ale, prawdziwe emocje, uczucia i lęki, prawdziwe radości i szczęście kryją się tam, gdzie jest nieznane. W tą przestrzeń Was zapraszam. Tam zaczyna się Życie.

 

 

Biała parasolka w czerwone groszki

IMG_1550

Biała parasolka w czerwone groszki, z gustowną, drewnianą rączką.

Biegam. Bo mimo regularnej praktyki jogi, potrzebny mi jest łyk świeżego powietrza. Mam głębokie przekonanie, że ruch na zewnątrz, w kontakcie ze światem, w zmaganiu z wiatrem i z chłodem jest dla mojego ciała niezwykle korzystny. 

Dwie zużyte opony, każda osobno. Fragment obudowy komputerowej, niebieska, plastikowa szuflada.

Lubię spojrzeć na świat ze ścieżki biegowej, mając w perspektywie Ślężę, z drugiej strony Góry Sowie. Czasami wydaje mi się, jakbym mogła po prostu tam pobiec, nie zatrzymując się, zupełnie jak Forrest Gump.

Dwa gumowe, ogrodowe baseny, również każdy osobno. Dwie pary butów, stare, zużyte ubrania.

Czasami myślę sobie, że joga jest tylko dla mnie, jest osobista, dzieje się głęboko w moim wnętrzu, w ciszy, w towarzystwie oddechu. A bieganie jest dla świata, bieganiem mogę się dzielić. Często zdarza się, że podczas treningu piszę, słowa układają się w zdania, pojawiają się pomysły na teksty, także na ten. 

Na koniec lokalny kierowca, mijający mnie naprawdę ze zbyt dużą prędkością, jak na polną drogę, pozbawioną pobocza. 

To wszystko na dystansie zaledwie 2 km. Nie wymieniam już niezliczonych ilości plastikowych butelek, worków foliowych ani wielkich worów ze śmieciami, wypełnionych różnorodną zawartością. Ani, odpadów budowlanych, takich jak wiaderka pełne gruzu i niewykorzystanych elementów aluminiowych. 

Wszystko to zalega w rowie ciągnącym się wzdłuż polnej, bocznej drogi, tuż obok mojego domu. Wyrzucone pod osłoną nocy, pojawiające się codziennie. Po tym krótkim biegu, chciałabym zacytować kogoś z klasyków. Przychodzi mi jednak na myśl tylko Maria Wiernikowska rozpoczynająca swoją książkę pt: „Oczy czarne oczy niebieskie”, słowami: „Ludzie, jak ja was kurwa nie lubię.” 

Jaką wartość ma Twoja ścieżka duchowa?

C7DBA772-1D5B-468F-AE7D-752468CE01C5

Czasami pytałam siebie, po co to wszystko: po co mi jest ta praktyka codzienna, wyginanie ciała, konsekwentne stawanie na macie i mierzenie się ze swoimi słabościami. Po co mi to bieganie, wychodzenie w deszczu, brodzenie w błocie i liczenie kolejnych kilometrów.

Co mi daje życie na końcu świata, bez prądu, bez wody, za to z kojącym widokiem na Świętą Górę. Bez sąsiadów, asfaltowej drogi i ulicznego oświetlenia.A te kąpiele w zimnym stawie, jesienią i zimą? Po co to wszystko?

W trudnych czasach dowiesz się, jaką wartość ma Twoja ścieżka duchowa.

Doświadczam teraz niezwykłej wartości praktyki, która jest moim życiem od kilkunastu lat. Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że żadna praktyka nie zabezpiecza mnie przed chorobą, ale zabezpiecza mnie przed lękiem. Codziennie, kiedy pogłębiam mostki, kiedy staram się pracować w trudnych dla mnie asanach, konfrontuję się z własnym lękiem. Czuję strach i pokusę, żeby zrezygnować, żeby nie wchodzić w pozycję po raz kolejny, żeby zostać w niej krócej, żeby w ogóle odpuścić. Kusi mnie zawsze, żeby skrócić dystans biegu, zrobić o jedno kółko mniej, wrócić wcześniej, żeby zrezygnować z kąpieli w zimnej wodzie i zostać w cieple kominka… A jednak tego nie robię, bo to właśnie regularna praktyka wzmacnia ciało i doskonali umysł.

W ostatnim czasie szczególnie doceniam wartość tej codziennej praktyki, tego mierzenia się z własnym lękiem i własną słabością. Bo, kiedy z zewnątrz docierają same negatywne informacje, mogę zwrócić się do swojej indywidualnej ścieżki i czerpać z niej siłę.

Cokolwiek robicie, trzymajcie się tego. Bieganie, pływanie, rower czy fitness, niech będzie waszym źródłem fizycznej siły. Ale, skierujcie swoją uwagę również w stronę jogi, żeby wyciszyć umysł, zagłębić się we własnym oddechu. Prawdziwy spokój płynie z wnętrza, trzeba jednak umieć do niego dotrzeć:

„…nie chodzi o to, że czynniki zewnętrzne nie mają znaczenia; rzecz w tym, że to twój umysł, a nie okoliczności, decyduje o jakości twojego życia. Umysł stanowi podstawę wszystkiego, czego doświadczasz, a także wszystkiego, co wnosisz do życia innych. Z tego względu warto go doskonalić.”*

*Cytat pochodzi z książki Przebudzenie Sama Harrisa

Nieistotne życie

CDBF697B-DDCC-4626-A1C8-0319D94F8D7D

Zasmuca mnie brak szacunku do życia. Do tego mniejszego życia, naszych mniejszych braci i sióstr, zwierząt. I nie chodzi mi wcale o masowe zabijanie w rzeźniach i sprzedawanie w kawałkach, bo do tego od wielu lat nie przyczyniam się w żaden sposób. Ale, chodzi mi o mnogość śmierci, z którą spotykam się jadąc samochodem.

A, że staram się nie jeździć szybko, to zauważam każdego kota, psa, wczoraj nawet dzika i jeża, potrąconego przez samochód. Mam zawsze wtedy taką refleksję, że to zwierzęce życie jest tak absolutnie nic nie warte dla ludzi. Zdarza się przecież, że kot najpierw potrącony, po chwili rozjechany na drodze i jego istnienie zostaje roztarte na asfalcie w niewielką, czerwoną plamę. Nikt się nawet nie pochyli, nie zapłacze, nie pochowa. Istnienie w nieistnienie, niezauważalnie i niepostrzeżenie.

Tymczasem dwa dni temu, w niewielkim zagłębieniu wypełnionym wodą, znalazłam pływającą kokoszkę. To niewielki ptak wodny, będący w Polsce pod całkowitą ochroną. W chwili, w której zauważyłam ptaszka, zauważyłam też kota, zbliżającego się cichaczem do potencjalnie łatwego łupu. Zareagowałam szybko, przegoniłam drapieżniki i okazało się, że ptak ma uszkodzone skrzydło i nie może odlecieć, dlatego pływa nerwowo w niewielkiej kałuży, obawiając się ataku. Nie zastanawiając się wiele, wyciągnęłam rannego ptaka, skrzydło zwisało bezradnie. Zobaczyłam śmiesznie długie, zielone nogi, zupełnie nieproporcjonalne do niewielkiego brzuszka i maleńkiej głowy. Od razy przypomniał mi się Stefan, z filmu „Odlot”, który na końcu okazał się jednak mamą radosnych pisklaków i to imię przylgnęło na chwilę do rannej kokoszki.

Niedziela była upalna, więc do kartonu włożyliśmy kilka dżdżownic i miskę wody. O ile robaki zostały szybko zjedzone, o tyle zamiast napić się z miski, Stefan wskoczył do wody i zajął bezpieczną dla siebie pozycję pływającą. Tak wyposażony, wyruszył w drogę, do najbliższego punktu ratującego zwierzęce życie, do Fundacji Dzika Nadzieja w Jedlinie Zdrój. Cieszyłam się, że są jednak ludzie, dla których znikomość tego życia nie ma znaczenia,  ludzie którzy chcieli dołożyć wszelkich starań żeby uratować złamane skrzydło.

Stefan został w kompetentnych rękach. Następnego dnia dowiedziałam się, że złamanie jest na tyle poważne, że zostanie przewieziony do Warszawy, do ptasiego szpitala doktora Kruszewicza, znanego z radiowej Trójki!

Nic nie posiada obiektywnej wartości, nawet życie. Nigdy się nie dowiemy, jaką samoświadomość posiada kot czy jeż i jak bardzo cierpi odchodząc z tego świata. Możemy jednak nadać temu życiu subiektywną wartość, wynikającą z czystego szacunku do wszelkiego istnienia. Wtedy pochylimy się nawet nad pszczołą, żeby wyjąć ją ze szklanki z sokiem i osuszyć jej mokre skrzydło na słońcu. Bo każde życie ma wielkie znaczenie i jest przejawem tej samej Siły Sprawczej.

Uprość równanie

calculator-calculation-insurance-finance-53621.jpeg
Photo by Pixabay on Pexels.com
Teks powstał podczas pandemii COVID 19 i obowiązującego zakazu opuszczania miejsca za mieszkania, w kwietniu 2020 i został opublikowany na stronie internetowej Magazynu Yoga.

Ciężko jest pracować w domu. Życie skraca się do podróży pomiędzy komputerem, kuchnią, komputerem i łazienką. Monotonia, nuda, brak towarzystwa. Ale, ciężko jest w tych czasach pracować tak jak do tej pory, obsługiwać klientów, siedzieć przy kasie i mieć kontakt z dużą liczbą obcych ludzi.

Ciężko jest być w domu z dziećmi. Cały czas w gotowości, bez intymności, ciszy i czasu dla siebie. Ale, być w domu bez dzieci, które z jakiegoś powodu są właśnie zupełnie w innym miejscu  kraju, albo na świecie, też nie jest łatwo.

Ciężko jest być w domu z partnerem, znosić go całymi dniami, wchodzić sobie w drogę, przepychać się do komputera i ciągle negocjować tytuły filmów na wieczór. Ale, bez partnera jest jeszcze bardziej ciężko. Dla samego siebie zupełnie nic już nie chce się przygotować, nie chce się dla siebie nawet chcieć. Można bez wyrzutów przeleżeć w łóżku całe to odosobnienie, nie złapać wirusa ale na koniec wpaść w depresję.

Wszyscy czujemy to samo. Wszystkim nam jest ciężko. Jest w matematyce zasada, że jeśli ta sama wartość występuje po obu stronach równania, można ją pominąć, można równanie uprościć o tą wartość.

Uprośćmy swoje życie w odosobnieniu o cierpienie, o trud, skupmy się na pozostałych wartościach, takich jak bliskość, czas, dom. Może odnajdziemy wtedy zupełnie nową jakość i to skomplikowane równanie da nam niespodziewanie dobry wynik.

Samastitihi

60855C90-BD46-41D5-B111-172F7086E064_1_201_a

Codzienność toczy się wartkim strumieniem, niepostrzeżenie dni zamieniają się w miesiące, miesiące w lata. Pojawiają się miejsca w przestrzeni, adresy, miasta, czasem kraje. Wszystko mija, wszystko przepływa, pozostawiając tylko świadomość istnienia, w centrum tych wszystkich zmian, jakby nietkniętą.

Jest radość i smutek, doświadczam samotności, ale też prawdziwej bliskości. Miłość i cierpienie, spokój albo zamęt, wszystko co pojawia się w moim życiu przeżywam godnie. Te doświadczenia wpływają na codzienność, na podejmowane decyzje, są źródłem zmian, bo przecież zmiana jest jedyną pewną rzeczą w życiu.

I w tych doświadczeniach, zawirowaniach, w tych ciągłych zmianach jest jedna naprawdę, stała i niezmienna rzecz w życiu: „Samastitihi, stajemy na początku maty”. Prawdziwą wartością jest mieć takie narzędzie do mierzenia swojej codzienności. Bez względu na moment w życiu, na uczucia, na plany czy na porę roku. Bez względu na miasto, kraj czy kontynent, staję na początku maty i przeglądam się w swojej praktyce jak w lustrze. Mijają lata, pojawiają się czasem ludzie, którzy z prawdziwą miłością rozkładają matę tuż obok mojej. A Ona tam niezmiennie trwa, moja codzienna, własna praktyka, na której zawsze mogę się oprzeć. Wdzięczna jestem…

 

O samotności

EB1C0C57-8F3E-487D-996E-05FB70FF08A5

Mówimy często, że żyjemy w dziwnych czasach, natłok informacji, szybkość przekazu, zalew danych. Wszyscy to znamy, na codzień przychodzi nam mierzyć się z niezliczoną ilością wiadomości, które musimy przesortować, odsiać to co zbędne, przeanalizować to co ważne. Czujemy się tym przytłoczeni, zmęczeni, dlatego wracamy myślami do lat dzieciństwa, kiedy nie było jeszcze internetu, telefonów komórkowych ani obowiązku bycia na bieżąco. Wydaje nam się, że było wtedy inaczej, lepiej.

W książce „Sztuka samotności” Stephen Batchelor, brytyjski mnich buddyjski i nauczyciel medytacji, pisze o swojej duchowej drodze. W krótkich rozdziałach opisuje medytacyjne doświadczenia, które były jego udziałem. Uzupełnieniem kompozycji książki opartej na wspomnieniach są obszerne fragmenty zapisków Michela de Montaige XVI wiecznego męża stanu, polityka, królewskiego doradcy, a w ostatnich latach życia również myśliciela i filozofa.

Pod koniec swojego życia Montaige rezygnuje z piastowanych stanowisk i z udziału w politycznym życiu Francji, oddając się całkowicie życiu w samotności. Swoją trzypiętrowa, warowną wieżę przebudowuje, zmieniając ją w miejsce odosobnienia. Renesansowy myśliciel ubolewa w swoich pracach nad podbojem Meksyku i Brazylii przez Francuzów i Portugalczyków. „Tyle miast zrównanych z ziemią, tak wiele narodów wymordowanych, tak wiele milionów ludzi skazanych na śmierć najpiękniejsza i najbogatsza część świata wywrócona do góry nogami: wszystko z powodu handlu perłami i pieprzem.”

W innym miejscu pisze o zgiełku życia, o problemach z jakimi się boryka, „u siebie, w zatłoczonym domu pełnym wielu gości, widzę tłum ludzi, ale rzadko tych, z którymi lubię rozmawiać.” W samotności Montaige odnajduje lekarstwo na zgiełk codzienności: „Powinniśmy wydzielić pokój na tyłach sklepu, tylko dla siebie, pokój odizolowany, będący naszą przestrzenią odosobnienia, gdzie wykształcimy naszą prawdziwą wolność.”

Nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa jest tylko złudzeniem, nie było w nich wcale więcej spokoju ani ciszy, tak jak nie było w XVI wieku, kiedy rozmyślania swoje prowadził Michel de Montaige. Wtedy zmartwieniem była kolonizacja, teraz martwimy się zagładą całej planety, kończącymi się zasobami i rabunkową gospodarką. Jednak, to nie zewnętrzne okoliczności, nie konkretne problemy są rzeczywistym źródłem stresu. To nie przez internet czy natłok informacji, to nie przez nowoczesność ani tempo życia czujemy się zmęczeni. Od wieków, każdy człowiek ma do pokonania tą samą drogę, do wykonania tą samą pracę: podróż do samego siebie. Tylko w ten sposób można odzyskać spokój, niezleżnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć, bowiem „największą umiejętnością jest wiedzieć, jak być dla siebie”.

I nie chodzi o to, żeby pozostać do końca życia w swojej pustelni, żyć w samotności i oderwaniu od świata, bo jak pisze Montaige: „Prawdę mówiąc, samotność poszerza moje horyzonty i rozwija mnie na zewnątrz: chętniej oddaję się sprawom państwa i szeroko pojętego świata, gdy jestem sam.”

Wszystko co niezbędne masz w sobie

unnamed

W Poznaniu jest mural, z wierszem Barańczaka, z wierszem który kilka razy w życiu był dla mnie drogowskazem i którego chwytałam się jak koła ratunkowego.

„Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?

Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?”

Obecna sytuacja w Polsce i na świecie wyraźnie pokazuje, że nic w naszym życiu nie jest stałe, że mamy tylko złudzenie kontroli i w tym wyobrażeniu żyjemy, ciesząc się chwiejnym poczuciem bezpieczeństwa.

Tymczasem, wszystko może zostać nam odebrane, wszystko może się skończyć. Świat, jaki znaliśmy, poczynione plany, wyznaczone zadania, zarezerwowane urlopy, w jednej chwili mogą zniknąć, właśnie tak jak stało się teraz. Co wtedy pozostaje, na czym można się oprzeć?

Byłam w takiej sytuacji już kilka razy w życiu, dlatego dzisiaj czuję się silna i spokojna. I mogę napisać tu bazując tylko na własnym doświadczeniu, że wszystko co niezbędne do tego, żeby się podnieść i pójść dalej każdy człowiek nosi w sobie. Siła niezależna od okoliczności zewnętrznych, zamknięta głeboko w sercu, jest jedynym niewyczerpanym źródłem mocy. Dobrze jest mieć jakąś własną, sprawdzoną metodę dotarcia do tych pokładów, dla mnie narzędziem które zawsze otwiera serce jest praktyka Ashtanga Yogi.

Ale, nie trzeba wiele, wystarczy usiąść na balkonie, na łące, wśród drzew, zamknąć oczy i poczuć w sobie oddech. Wystarczy uświadomić sobie tą najważniejszą prawdę umożliwiwjącą wszystko: ŻYJĘ. Świat wokoł toczy się dalej, ptaki wiją gnazda, kaczki rozpoczęły taniec godowy, psy zrzucają zimową sierść, świat nadal istnieje, a życie wprost tryska z otaczającej nas przyrody. Dlatego warto chwycić się tej jednej, prawdziwej myśli: JESTEM. A skoro jestem, to wszystko mogę zacząć jeszcze raz. Wystarczy mata do jogi i buty do biegania i naprawdę, można zawsze zacząć od początku.

Bo wszystko co niezbędne do tego, żeby się podnieść i pójść dalej, masz w sobie.

IMG_2887

 

Słowa

06D520E5-3588-496C-9802-996EDF28CA27

Męczy mnie nadmiar słów. Gubiąc się w ich mnogości, zastanawiam się czy istnieje w ogóle jakikolwiek sposób na porozumienie pomiędzy ludźmi.

W książkach Kena Wilbera, wielokrotnie pojawia się zdanie, że „mapa to nie jest terytorium, mapa to nie teren”, to jedynie przybliżony, skrócony i uproszczony obraz rzeczywistości. Posługując się z góry ustalonym kodem, przyjmujemy, że pewne obrazy graficzne mają swoje znaczenie: czarne linie to zazwyczaj tory kolejowe, niebieskie to rzeki a czerwone to granice. Każda osoba znająca kod potrafi zatem odczytać mapę i wyobrazić sobie teren w zbliżony sposób. Jednak, nie jesteśmy w stanie zamknąć na mapie wyjątkowego piękna okolicy, zjawiskowego zachodu słońca, który tylko wiosną przebarwiając chmury na czerwono podkreśla czarną linią zarys gór na horyzoncie. Nie odczytamy z mapy zapachu trawy skoszonej w czerwcu, nie usłyszymy śpiewu skowronka w południe ani ryków jeleni jesienią. To wszystko pozostaje w zamkniętej przestrzeni indywidualnego doświadczenia i które jako takie jest jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne. Nieopowiadalne.

Tak samo jest ze słowami. Umówiliśmy się, że niosą one pewne określone znaczenia, dlatego bardziej lub mniej możemy się porozumieć. Mówiąc pies, widzimy czworonoga i nie jest to kot, bo ten obrazek przypisany jest do innego słowa. Mówiąc zatem: „czuję złość”, „czuję smutek”, „czuję miłość” używamy określonego kodu i odbiorcy naszych słów interpretują wypowiadane przez nas słowa w sposób sobie tylko znany, nadając indywidualny sens naszej wypowiedzi w oparciu o swoje własne doświadczenia.

W jaki jednak sposób można przekazać naprawdę przejmujące, indywidualne uczucia? Jak opowiedzieć słowami całą głębię przeżyć i doświadczeń, jak dotrzeć ze swoim przekazem do drugiego człowieka? Czy jest w ogóle możliwe wyjście poza określone znaczenia i osiągnięcie prawdziwego zrozumienia? Elitarnym nośnikiem pozbawionym zakodowanych znaczeń może być sztuka: dźwięk i obraz. Zasięg ma jednak ograniczony, bo nie każdy obdarzony jest przecież artystycznym talentem.

Ale, uniwersalnym nośnikiem niezakodowanych treści, dostępnym dla każdego i zawsze w zasięgu ręki jest medytacja, jest CISZA. Doświadczana jednak tylko indywidualnie…

 

Happy birthday

Wstałam na długo przed świtem, cicho zebrałam się i wyszłam w ciemność. Wokół panowała absolutna cisza, nie było słychać szumu morza ani odgłosów z plaży, nawet koguty jeszcze spały. Żadnych latarni ulicznych, mrok rozjaśniały tylko lampy na ścianach domów, miejsca pomiędzy nimi były absolutnie ciemne.

Codziennie zaczynam praktykę chwilę po 8.00 rano, ale dzisiaj był dla mnie szczególny dzień. Zapytałam Sharmilę kilka dni temu, czy mogę w dzień moich urodzin przyjść wcześniej, przed świtem, żeby wraz z pierwszą grupą praktykujących zaśpiewać mantrę inaugurującą. Zgodziła się.

Weszłam do Shali, która była pogrążona w półmroku, tylko rozstawione pod ścianami liczne lampki oliwne wypełniały przestrzeń ciepłym, drżącym światłem. Po przeciwnej stronie alabastrowy Ganesha przystrojony świątecznie, ozdobiony wieńcami z kwiatów, wśród dymów kadzidła. Przed nim, w bezruchu, na podłodze w absolutnej ciszy, kilkadziesiąt osób.

Weszłam bezgłośnie, chciałam usiąść cichutko pod ścianą, bojąc się w jakikolwiek sposób zakłócić ten magiczny moment, ale Sharmila zauważyła mnie i podeszła, wskazała wolne miejsce na podłodze i powiedziała: „Możesz zacząć tutaj”.

Usiadłam na macie, w tej ciszy i półmroku, na chwilę zapadłam się w sobie. Za oknami Shali, po bokach Ganeshy zupełna ciemność. Słychać oddechy.

Nawet nie wiem kiedy, zupełnie bezgłośnie Sharmila stanęła obok posągu, wtedy wszyscy wstaliśmy i zabrzmiało głośne i mocne Ommmmm. Powtarzaliśmy za Nauczycielką każdy werset mantry, nasze głosy wypełniły przestrzeń, Wszechświat zamknął się na chwilę w tej Shali. Poczułam absolutną jedność z tymi ludźmi, z tym miejscem, z tą praktyką, łzy popłynęły mi po policzkach, poczułam wdzięczność.

Potem każdy z nas poszedł swoją ścieżką, przez praktykę, w rytmie własnego oddechu. Pojawiło się znowu, mityczne, wielorękie i wielonogie, mityczne zwierzę, które wraz z nami, poruszało się oddychając głęboko. Zanurzyłam się w oddechu. Powoli, za oknami pojawiały się pierwsze kształty, usłyszałam gdzieś w oddali pianie koguta. Budził się dzień.

Puściłam wolno swoje ciało, niczego dzisiaj nie oczekiwałam, nie napierałam, ani nie cisnęłam bardzo. Chciałam się sobą zaopiekować, dać sobie najpiękniejszy prezent, poranną, kojącą praktykę z Cudownym Nauczycielem. Przepełniało mnie szczęście. Za oknami pojawiły się pierwsze barwy, budził się kolejny, słoneczny dzień.

Kiedy Sharmila podeszła do mnie, żeby pomóc mi w pogłębianych mostkach, złożyłam dłonie na klatce piersiowej i wyszeptałam ze łzami w oczach: „Thank you for this beautiful morning”. „Happy birthday Iwona”- odpowiedziała. I świat się do mnie uśmiechnął…