Słowa

06D520E5-3588-496C-9802-996EDF28CA27

Męczy mnie nadmiar słów. Gubiąc się w ich mnogości, zastanawiam się czy istnieje w ogóle jakikolwiek sposób na porozumienie pomiędzy ludźmi.

W książkach Kena Wilbera, wielokrotnie pojawia się zdanie, że „mapa to nie jest terytorium, mapa to nie teren”, to jedynie przybliżony, skrócony i uproszczony obraz rzeczywistości. Posługując się z góry ustalonym kodem, przyjmujemy, że pewne obrazy graficzne mają swoje znaczenie: czarne linie to zazwyczaj tory kolejowe, niebieskie to rzeki a czerwone to granice. Każda osoba znająca kod potrafi zatem odczytać mapę i wyobrazić sobie teren w zbliżony sposób. Jednak, nie jesteśmy w stanie zamknąć na mapie wyjątkowego piękna okolicy, zjawiskowego zachodu słońca, który tylko wiosną przebarwiając chmury na czerwono podkreśla czarną linią zarys gór na horyzoncie. Nie odczytamy z mapy zapachu trawy skoszonej w czerwcu, nie usłyszymy śpiewu skowronka w południe ani ryków jeleni jesienią. To wszystko pozostaje w zamkniętej przestrzeni indywidualnego doświadczenia i które jako takie jest jedyne, wyjątkowe i niepowtarzalne. Nieopowiadalne.

Tak samo jest ze słowami. Umówiliśmy się, że niosą one pewne określone znaczenia, dlatego bardziej lub mniej możemy się porozumieć. Mówiąc pies, widzimy czworonoga i nie jest to kot, bo ten obrazek przypisany jest do innego słowa. Mówiąc zatem: „czuję złość”, „czuję smutek”, „czuję miłość” używamy określonego kodu i odbiorcy naszych słów interpretują wypowiadane przez nas słowa w sposób sobie tylko znany, nadając indywidualny sens naszej wypowiedzi w oparciu o swoje własne doświadczenia.

W jaki jednak sposób można przekazać naprawdę przejmujące, indywidualne uczucia? Jak opowiedzieć słowami całą głębię przeżyć i doświadczeń, jak dotrzeć ze swoim przekazem do drugiego człowieka? Czy jest w ogóle możliwe wyjście poza określone znaczenia i osiągnięcie prawdziwego zrozumienia? Elitarnym nośnikiem pozbawionym zakodowanych znaczeń może być sztuka: dźwięk i obraz. Zasięg ma jednak ograniczony, bo nie każdy obdarzony jest przecież artystycznym talentem.

Ale, uniwersalnym nośnikiem niezakodowanych treści, dostępnym dla każdego i zawsze w zasięgu ręki jest medytacja, jest CISZA. Doświadczana jednak tylko indywidualnie…

 

Happy birthday

Wstałam na długo przed świtem, cicho zebrałam się i wyszłam w ciemność. Wokół panowała absolutna cisza, nie było słychać szumu morza ani odgłosów z plaży, nawet koguty jeszcze spały. Żadnych latarni ulicznych, mrok rozjaśniały tylko lampy na ścianach domów, miejsca pomiędzy nimi były absolutnie ciemne.

Codziennie zaczynam praktykę chwilę po 8.00 rano, ale dzisiaj był dla mnie szczególny dzień. Zapytałam Sharmilę kilka dni temu, czy mogę w dzień moich urodzin przyjść wcześniej, przed świtem, żeby wraz z pierwszą grupą praktykujących zaśpiewać mantrę inaugurującą. Zgodziła się.

Weszłam do Shali, która była pogrążona w półmroku, tylko rozstawione pod ścianami liczne lampki oliwne wypełniały przestrzeń ciepłym, drżącym światłem. Po przeciwnej stronie alabastrowy Ganesha przystrojony świątecznie, ozdobiony wieńcami z kwiatów, wśród dymów kadzidła. Przed nim, w bezruchu, na podłodze w absolutnej ciszy, kilkadziesiąt osób.

Weszłam bezgłośnie, chciałam usiąść cichutko pod ścianą, bojąc się w jakikolwiek sposób zakłócić ten magiczny moment, ale Sharmila zauważyła mnie i podeszła, wskazała wolne miejsce na podłodze i powiedziała: „Możesz zacząć tutaj”.

Usiadłam na macie, w tej ciszy i półmroku, na chwilę zapadłam się w sobie. Za oknami Shali, po bokach Ganeshy zupełna ciemność. Słychać oddechy.

Nawet nie wiem kiedy, zupełnie bezgłośnie Sharmila stanęła obok posągu, wtedy wszyscy wstaliśmy i zabrzmiało głośne i mocne Ommmmm. Powtarzaliśmy za Nauczycielką każdy werset mantry, nasze głosy wypełniły przestrzeń, Wszechświat zamknął się na chwilę w tej Shali. Poczułam absolutną jedność z tymi ludźmi, z tym miejscem, z tą praktyką, łzy popłynęły mi po policzkach, poczułam wdzięczność.

Potem każdy z nas poszedł swoją ścieżką, przez praktykę, w rytmie własnego oddechu. Pojawiło się znowu, mityczne, wielorękie i wielonogie, mityczne zwierzę, które wraz z nami, poruszało się oddychając głęboko. Zanurzyłam się w oddechu. Powoli, za oknami pojawiały się pierwsze kształty, usłyszałam gdzieś w oddali pianie koguta. Budził się dzień.

Puściłam wolno swoje ciało, niczego dzisiaj nie oczekiwałam, nie napierałam, ani nie cisnęłam bardzo. Chciałam się sobą zaopiekować, dać sobie najpiękniejszy prezent, poranną, kojącą praktykę z Cudownym Nauczycielem. Przepełniało mnie szczęście. Za oknami pojawiły się pierwsze barwy, budził się kolejny, słoneczny dzień.

Kiedy Sharmila podeszła do mnie, żeby pomóc mi w pogłębianych mostkach, złożyłam dłonie na klatce piersiowej i wyszeptałam ze łzami w oczach: „Thank you for this beautiful morning”. „Happy birthday Iwona”- odpowiedziała. I świat się do mnie uśmiechnął…

Każdy jest jednocześnie uczniem i nauczycielem

„Pozycje, które nam nie wychodzą uczą nas najwięcej”. Usłyszałam dzisiaj te słowa, podczas satsangu z ust Sharmili. Jakbym kiedyś już gdzieś to słyszała… Cudownie jest być nauczycielem, ale jednocześnie jestem też uczniem i słyszę te same słowa, które kieruję do Was. I mam wtedy pewność, że nauka czerpana wprost ze źródła jest taka sama jaką przekazuję dalej.

Mój pierwszy tydzień był bardzo spokojny, praktyka była bezpieczna, nie przekraczałam żadnych granic, wszystko toczyło się w mojej strefie bezpieczeństwa. W drugim tygodniu lekko wychyliłam się poza tą strefę, wchodząc z entuzjazmem w drugą serię Ashtanga Yogi. Bardzo tego chciałam, każdego dnia dostawałam od Sharmili kolejną pozycję, każdego dnia uczyłam się czegoś nowego, wydłużając codziennie swoją praktykę. Znam drugą serię i doskonale wiedziałam, że ONA tam jest, asana której się boję i która jak spiżowa brama zamyka przede mną od wielu lat dalszą część praktyki. Mogłabym próbować zrobić cokolwiek, coś na kształt pełnej pozycji, przejść nad nią niezauważenie i pójść dalej, ale chciałabym wejść w pozycję głęboko, otworzyć ciało i już go nigdy nie zamykać. Dlatego, czekałam z utęsknieniem na spotkanie z własnym lękiem.

Kiedy to się stało, kiedy po raz pierwszy dostałam od Sharmili kolejną pozycję i stanęłam oko w oko z Kapotasaną, od razu chciałam uciec. Nie robić jej już więcej, wrócić do mojej ukochanej, pierwszej serii, zaszyć się w poczuciu bezpieczeństwa. Wszystko się wydarzyło: rozbolało mnie ramię, poczułam ból w dole pleców, kłujący ból w stawie barkowym i pojawiły się siniaki na kolanach. I do tego łzy na macie, bezradność, lęk, niechęć. Kiedy następnego dnia rano znowu stanęłam na macie, uczuciem które przeważało był strach. Pomyślałam, że mogłabym przecież nie robić, mogłabym zostać w pierwszej serii, powiedzieć, że się źle czuję…

Dzisiaj piątek, spotkanie z Sharmilą, kilka słów od Nauczyciela na temat praktyki. I to zdanie, że „to, co dla nas trudne, uczy nas najwięcej”, przecież doskonale mi znane, dociera do mnie po raz kolejny, w zupełnie inny sposób. Wszystko jest mi potrzebne, ten ból, ten strach i to uczucie przekraczania granicy, wychodzenia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Kiedy tam jestem, kiedy z tymi wszystkimi emocjami się konfrontuję, nie zostaje już nic więcej, tylko oddech. Nie ma miejsca na myślenie, na strategie, na negocjacje, jest tylko czas na doświadczenie siebie, w samym centrum Istnienia.

Jutro sobota, dzień bez praktyki, bardzo cieszy mnie perspektywa odpoczynku. Ale, jeszcze bardziej cieszę się tym, że mam przed sobą jeszcze jeden tydzień, ten ostatni, ten którego bardzo potrzebuję. Bez tych trzech poprzednich, ten czwarty, ten najważniejszy, nie mógłby się wydarzyć. Czas mojego spotkania z własnym lękiem.

Nie zawsze dostajesz to czego pragniesz, zawsze to czego potrzebujesz.

Połowa za mną. Połowa przede mną. Spoglądam za siebie, na te dni które minęły i staram się zebrać to, co się zdarzyło.

Niezwykłym bogactwem praktyki jogi w takim miejscy są spotkania. Przyjechali tutaj uczniowie z całego świata, żeby doświadczać praktyki Ashtangi pod okiem Sharmili. Podczas kilku pierwszych dni spędzonych tutaj, miałam ciekawe doświadczenie. Siedząc po południu na plaży, obserwując przechodzących ludzi, wśród zwykłych turystów z Rosji od razu wyłapałam kilka pięknych Osób. Starsze małżeństwo idące za rękę codziennie przed zachodem słońca, piękną Azjatkę z głębokim spojrzeniem, drobną, zupełnie krótko obstrzyżoną dziewczynę, o wyrazistych ruchach czy wesołych, czarnowłosych braci, o południowoeuropejskim temperamencie. Jak się okazało, wszystkich ich odnalazłam potem w Shali. To prawdziwe bogactwo, poznawać ich i dzielić z nimi praktykę.

Wyjeżdżałam z Polski i nie miałam oczekiwań, ale mimo wszystko muszę przyznać, że miałam pewne plany: chciałam pogłębić niektóre pozycje, nauczyć się kilku skoków, myślałam, że może będą jakieś zajęcia warsztatowe, poświęcone pewnym grupom asan. Kiedy na samym początku okazało się, że nie będzie Serii Prowadzonej, że spotykać się będziemy tylko na praktyce w stylu Mysore, byłam trochę zawiedziona. Do tej pory, wielką przyjemność dawały mi sesje prowadzone przez nauczyciela, w jednym rytmie i oddechu z innymi uczniami.

Tymczasem, dostałam coś zupełnie innego, coś czego na pewno potrzebowałam bardziej niż techniki w pozycji. Dostałam ciszę, skupienie i powolność w praktyce. Poczułam, jakby ktoś wlał do mojego serca duchowość, wypełnił Ashtangę treścią. Wchodząc na matę, zaczęłam celebrować każdy oddech, każdy pojedynczy ruch czy ułożenie dłoni. Wszystko stało się ważne, pragnę, żeby moje ciało wyglądało pięknie, żeby ruszało się w rytmie oddechu.

Codziennie, poza sobotą staję na początku maty, przeglądając się w swojej praktyce. Codziennie jest inaczej, a obserwowanie zmian w moim ciele i mojej głowie jest sednem Ashtangi. Zanim zacznę, składam dłonie w namaste i w ciszy śpiewam mantrę inaugurującą, która jest hymnem wdzięczności do Patandżalego. Mantra końcowa jest jednak zupełnie inna, jest wysłaniem do Wszechświata tej pięknej i dobrej Energii, którą budzimy w sobie. Kończąc praktykę, niezmiennie czuję jak zalewa mnie fala wzruszenia i wdzięczności do Wszechświata za to, że dane mi było stanąć na tej ścieżce. Dlatego, ta mantra płynie wprost z serca. Do świata. Do Was…

Niech szczęście u wszystkich ludzi zagości,

Niech rządzący nas wiodą ścieżką cnoty,

Niech wieczne będą dobro i świętości,

Niech świat się przepełni radością.

Psie życie

Pies, który przywitał mnie pierwszego dnia na Shali, pojawia się tutaj regularnie. W zasadzie pojawiają się dwa, bliźniaczo do siebie podobne. Ostatnio, pod koniec praktyki, kiedy nieliczne osoby kończyły swoją sekwencję, jeden z psów wszedł pomiędzy maty, zbierając swoją porcję miłości od uczniów. Nikt go nie przepędził ani nie wyrzucił. Wręcz przeciwnie, bez obaw położył się na macie Basi, więc Sharmila przyniosła dla niej dywanik, żeby mimo wszystko mogła wygodnie położyć się w relaksie obok niego.

Poza Shalą, psy mają tutaj ciężkie życie, w ogromnej większości są bezdomne, co jeszcze nie jest jakąś tragedią, bo klimat jest raczej łaskawy. Ale, są bezpańskie, a to już jest smutne, bo pragną bliskości człowieka, dotyku i pieszczoty za uchem. Zdarza się, że jeden, przebiegając po plaży zatrzyma się w pobliżu mojego ręcznika, rozciągnie w cieniu swoje ciałko. Myślę sobie, że wtedy śni o tym, że znalazł swojego właściciela, że teraz będzie miał swojego człowieka, który będzie go już zawsze karmił smakołykami.

Z drugiej jednak strony, można pomyśleć, że te psy prowadzą szczęśliwe życie Wolnych Duchów. Mogą chodzić gdzie chcą, bez smyczy czy kagańca, kiedy mają ochotę na kąpiel, to moczą tyłki w morskiej wodzie, a kiedy na drzemkę, kładą się w cieniu palmy. Wśród śmieci, zawsze znajdą jakieś resztki pożywienia. Wszystkie potrzeby mają zaspokojone.

Te nieliczne, które mają jednak swojego Człowieka, wychodzą na spacery na smyczy. Piją słodką wodę i dostają miskę karmy na czas. Ale, mieszkają za stalowym ogrodziem, godzinami wylegują się na betonowych schodach, tęsknym spojrzeniem wodząc za bezdomnymi, ale jednocześnie za wolnymi braćmi.

I tylko psy z Shali zdecydowanie różnią się od wszystkich innych. Bo nie tylko potrafią osuszyć łzy wdzięczności na policzkach, nie tylko asystują w relaksie, ale przede wszystkim śpiewają mantry! Kiedy wtorkowe, popołudniowe spotkanie poświęcone „detalom w praktyce” dobiegało końca, Sharmila złożyła dłonie i zaintonowała Om….. Wszyscy zgromadzeni wokół niej, zrobili to samo. I niespodziewanie, do tego chóru ludzkich głosów dołączył pies! Leżący cicho w kącie Shali, ożywił się na dźwięk śpiewanej mantry i zaczął głośno zawodzić. Sharmila uśmiechnęła się do nas po chwili i wyjaśniła, że ten pies po prostu uwielbia śpiewać mantry!

Zanurzając się w codzienności

Dni są tutaj do siebie podobne. Wstaję przed świtem, co nie jest wielkim wyzwaniem, bo słońce budzi się chwilę po 7.00. Ok. 8.00 jestem już w Shali, siedzę pod ścianą i przyglądam się. Pierwsza grupa rozpoczyna praktykę o 6.00 rano i średnio co godzinę, półtorej przychodzą kolejni uczniowie. Siadają, tak jak ja, pod ścianą z tyłu czekając, aż Nauczycielka cicho zaprosi na zwalniające się miejsce. Wszystko odbywa się tu w lekkim półmroku, w absolutnym skupieniu i ciszy, nikt nie rzuca matą, wszyscy są powściągliwi w ruchach, starają się robić swoją osobą jak najmniej zamieszania.

Lubię siedzieć i czekać. Przyglądam się wtedy innym, obserwuję ich pracę, słucham oddechów. Czasami słychać jak ktoś z kończących lub z zaczynających praktykę półgłosem śpiewa mantrę. To wyjątkowo magiczny moment.

Kiedy pierwszy raz słyszałam „Iłana” nie byłam pewna, czy chodzi o mnie, z czasem jednak się przyzwyczaiłam, wstaję i idę wolnym krokiem, uważając na uczniów wokół mnie. Jestem zazwyczaj w drugim, rzadziej w pierwszym rzędzie. Alabastrowa figura Ganeshy rozczula mnie. Czasami łzy ciekną mi po twarzy i wtedy przez pół sekwencji pociągam nosem…

Staramy się praktykować w skupieniu, Sharmila mówi o tym, jak ważne jest żeby nie przerywać vinyjasy, nie wychodzić do toalety, nie rozpraszać się dodatkowymi, zbędnymi ruchami, robić tylko to, co jest przewidziane sekwencją. To dodaje mojej praktyce dostojeństwa.

Bo Ashtanga to droga duchowa i jak każda taka, wymaga ciszy i skupienia.

Lubię po śniadaniu spędzić czas na plaży. To niezwykły dodatek do tej wspaniałej przygody, jak bonus, albo premia świąteczna. Byłabym szczęśliwa mogąc po prostu praktykować Ashtangę przez miesiąc w Indiach. Ale mając jeszcze do dyspozycji morze i plażę, jestem w niebie!

Po południu idę do Shali jeszcze raz, żeby po prostu posiedzieć. To niezwykle kojący czas, wśród dymów kadzidła, w szumie wiatraków, siedząc na chłodnej podłodze odnajduję spokój. Alabastrowy Ganesha obejmuje mnie swoim ramieniem. Nie potrzebuję od niego więcej szczęścia, wystarczy mi, że tu jestem…

Zazwyczaj w większej grupie żegnamy słońce na plaży. To jest zawsze przyjemna okazja do wymiany doświadczeń, dzielenia się spostrzeżeniami. Zmrok zapada szybko, więc wcześnie kładę się spać.

Żyję w takim rytmie od niedzieli do piątku. Tylko sobota jest inna, wtedy nie mam praktyki a wolny dzień zachęca do podróżowania po okolicy. Na nic nie czekam: ani na wolne soboty, ani na poranną praktykę, ani na powrót do domu. Po prostu jestem. Zupełnie zwyczajnie, na drugim końcu świata. I poddaję się temu, co przychodzi…

Medytacja

Siedzę na plaży. Właściwie, siedzimy we trzy, ale każda z nas siedzi sama.

Patrzę w stronę morza, przed chwilą zaszło słońce, poświata ciągle jeszcze rozświetla horyzont. Postacie przechodzących tuż nad brzegiem ludzi z każdą chwilą stają się mniej barwne. Jeszcze przed kilkoma minutami można było pomyśleć: jaka ładna dziewczyna, pewnie Rosjanka, jasna cera, długie, kręcone włosy. Za nią młodzi rodzice, o ciemnej skórze, mała dziewczynka biegnie przed nimi brzegiem mocząc drobne stópki w morskiej wodzie. Patrząc tworzę historie, opowiadam sobie życie ludzi przechodzących przede mną. Skąd są, czym zajmują się na codzień, jak wygląda ich dzień.

Z czasem postacie przechodzące brzegiem stają się mniej wyraziste. Tracą barwy, widzę już tylko sylwetki. Jak teatr cieni. Przestaję myśleć o ich życiu, przestaję wyobrażać sobie ich codzienność, zaczynam tylko rejestrować obecność. Wyciszam się. Coraz mniej myśli, coraz mniej bodźców, coraz mniej ludzi i mniej szczegółów. Przez chwilę nie idzie nikt. Nie myślę. Jestem.

Myśli też wyciszają się stopniowo, zupełnie tak, jak zanikają barwy po zachodzie słońca. Z czasem zauważam tylko ich obecność, nie rozwijam ich, nie wchodzę w nie głębiej. Pozwalam przepłynąć zupełnie tak, jak pozwalam niezauważenie przejść tym ludziom nad brzegiem morza. Odnajduję też przerwy pomiędzy myślami, okresy błogiej ciszy. Wchodzę w tą przestrzeń i widzę wtedy tylko bezkresne morze przed sobą. I nawet jeśli ktoś od czasu do czasu przejdzie plażą, nawet jeśli jakaś myśli pojawi się w mojej głowie, to i tak wiem, że zaraz za nią jest niczym nie ograniczona przestrzeń. I zawsze mogę do niej wrócić…

Ekologicznie

Płonie Amazonia, Australia. Giną miliony zwierząt, pod uprawę soi na pasze wycinane są kolejne połacie puszczy. Wydaje się, że nic nie możemy zmienić, ale przecież ważne zmiany zachodzą pod wpływem jednostkowych decyzji. Popularne stają się dzisiaj słowa Gandhiego: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”.

Ale, jesteśmy leniwi. Brakuje nam wytrwałości, determinacji, zwyczajnie nam się nie chce. Zapominamy o bawełnianych woreczkach na warzywa, ciągle nie nosimy ze sobą płóciennych siatek na zakupy. O tym, że dostaniemy plastikową słomkę, dowiadujemy się już po fakcie, kiedy ktoś postawi przed nami przygotowany napój.

A przecież to bardzo proste. Jedyne, co należy zrobić to wyrobić w sobie nowe, zdrowe nawyki. Wozić torby na zakupy w samochodzie, albo nosić na dnie plecaka. Pytać, czy w restauracji, którą wybraliśmy mają papierowe słomki. Można też mieć własną, stalową…

Tutaj w Indiach, w eleganckich kawiarenkach dla Europejczyków serwowane są napoje w wysokich szklankach, z papierowymi słomkami. Ale już na plaży, uboga kobieta sprzedająca kokosy podaje każdemu plastikową słomkę. Latają potem niesione wiatrem, po plaży. Rosjanie, którzy na wypoczynek upodobali sobie Goa, niedbale pozostawiają wokół siebie plastikowe butelki po napojach. Pracownicy restauracji przy plaży sprzątają wieczorami śmieci z plaży i wywożą. Dokąd? W drodze do Morjim mijałyśmy kilka takich miejsc, w których wśród porozrywanych worków ze śmieciami pożywiały się bezdomne psy.

Mieszkańcy naszej wioski organiczne odpady wrzucają do ogródka, resztę palą tuż pod płotem…

Na każdej półkuli ludzie są tacy sami, w każdym końcu świata zachowują się tak samo. Życie może wyglądać nieco inaczej z perspektywy mieszkańca bogatego, zachodnioeuropejskiego kraju. Ale tutaj, w Indiach, zupełnie tak samo jak w Polsce, powietrze jest zanieczyszczone unoszącym się nad ulicami smogiem. A mieszkańcy, dokładnie tak samo bezrefleksyjnie palą swoje śmieci.

Dlatego, mi też zostaje dokładnie to samo: wychodząc z plaży codziennie zabieram jakieś nieswoje śmieci. Bo wielkie zmiany zaczynają się przecież od jednostkowych decyzji.

Pierwsza praktyka

img_7321-1

Noc nerwowa, w oczekiwaniu na pierwsze spotkanie z nowym Nauczycielem. Gotowa byłam wstać o północy, sen był urywany, krótki. Kiedy o 6 odezwał się budzik, żadna z nas już nie spała. Za oknami było jeszcze ciemno, nawet kogut z sąsiedztwa nie odezwał się jeszcze ani razu. 

Przed 7 rano dotarłyśmy na Shalę. Była pogrążona w półmroku, na oknach od zachodniej strony ciężkie okiennice. W kilku miejscach przy podłodze rozpalone lampki oliwne, na przeciw wejścia figura Ganeshy zasnuta dymem kadzidła. 

Usiadłam w niewielkim korytarzyku, na zrolowanej macie, gdzie siedziało tu już kilka osób, oczekując na praktykę. Przestrzeń przed nami  wypełniona była uczniami, każdy pogrążony we własnej praktyce i na na innym etapie sekwencji. Cisza, w niej tylko oddechy ujjayi. Wśród praktykujących dostrzegam Nauczycielkę, drobną, niewysoką, z długimi, czarnymi włosami splecionymi w warkocz. Piękna. Pochyla się co chwilę nad kimś innym, pomaga, przytrzymuje, wspiera. Od czasu do czasu wypowiada cichym głosem imię, wtedy ktoś z korytarza podnosi się i zmierza na miejsce, które właśnie zostało zwolnione przez ucznia, który skończył już praktykę. Każdą z tych ok. 100 osób wymienia po imieniu, każdą indywidualnie zaprasza na Shalę.

Siedzę na tej zwiniętej macie i urzeka mnie obraz praktykujących w ciszy i skupieniu uczniów. Wszyscy zdają się pielęgnować każdy ruch, poświęcać uwagę każdemu oddechowi. Praca jest powolna uważna, w półmroku wydaje się jakby jakieś mityczne zwierzę poruszało się powolnie, w wielu kierunkach i na różne sposoby równocześnie. Zastygam w zachwycie. 

Powoli rozjaśniają się okna za figurą Ganeshy, liście nabierają zielonej barwy, budzi się słońce. Niespodziewanie przez okna po wschodniej stronie wpadają promienie słońca, sączą się i rozpraszają wśród praktykujących. Siedzę. Myślę, że mogłabym nawet wyjść teraz, mogłabym nie stanąć nawet na macie, bo już tyle przeze mnie przepłynęło Energii, że nie jestem pewna czy uniosę więcej. 

Nauczycielka podchodzi do mnie. Pyta cicho o imię, jest delikatna i uważna, przygląda mi się i wtedy czuję, że zapamiętuje. Po chwili słyszę wypowiadane przez nią moje imię, biorę matę i jak w jakimś magicznym transie, rozwijam ją na wskazanym przez nią miejscu. Po raz pierwszy w życiu, nie skupiem się na pierwszym skłonie a na pierwszym wyciągnięciu ramion w górę. Czuję jedność z Wszechświatem. Płynę jednocząc oddech z ruchem.

Tego pierwszego kontaktu nie spodziewałam się zupełnie, bo zdaje się, że na chwilę straciłam połączenie z przestrzenią i z Shalą. Poczułam delikatny dotyk na dłoni, jakby przepływ Energi, poczułam troskę, łagodność i wsparcie. Poczułam, że mówi mi: JESTEM.

Wraz z budzącym się dniem, dokończyłam swoją praktykę. Długo nie potrafiłam powiedzieć nic. Wiedziałam, że muszę to napisać…

Morjim

ae1c945b-4bef-4aea-9624-0bcc39f9953c

Popołudnie w samolocie, potem jeszcze noc i kawałek dnia. Potem dzień na lotnisku i znowu popołudnie w samolocie, potem kawałek nocy. I jeszcze godzina w samochodzie, tym razem z Maryją na przedniej szybie, w tym samami miejscu, w którym w Mumbaju stał drewniany Ganesha. Tyle wystarczy, żeby przenieść się do raju.

Wokół gwar, niezbyt ruchliwa, ale jednak ulica, po jednej stronie małe domki, stragany z owocami i z indyjskimi sukienkami, po drugiej stronie hotel. Skutery, samochód i rower. Za ciężką bramą odnajduję zaczarowany ogród. Gwar ulicy stopniowo cichnie, słyszę śpiew ptaków, bujna roślinność otacza kamienną ścieżkę wijącą się przede mną. Za zakrętem widzę Shalę, jasny budynek, z czerwonym dachem, o jasnych, białych ścianach. Znajomy widok, który tak często oglądałam na fotografiach, teraz staje się rzeczywistością. Jestem.

W pamięci pojawia się wspomnienie świątyni w Mumbaju i jej kamiennej posadzki. Chłód pod stopami. Czuję teraz dokładnie to samo, zostawiając klapki przed wejściem do Świętego Miejsca, wchodząc boso na podłogę Shali. W środku panuje półmrok, po przeciwnej stronie, pomiędzy dwoma oknami stoi posąg Ganeshy. Cisza. Słychać tylko rytmiczne uderzenia wiatraków, szum wiatru gdzieś na zewnątrz. Przy moich nogach snują się dwa psy, są tutejsze, mieszkają w okolicy, najwyraźniej czują się w tym niezwykłym miejscu zupełnie swobodnie.

Ogarnia mnie Szczęście. Siadam po prostu, na tej przyjemnie zimnej podłodze i płaczę. Przede mną miesiąc praktyki, w tym pięknym, magicznym miejscu, na drugim końcu świata, nad brzegiem oceanu. Czuję Wdzięczność za tą wspaniałą ścieżkę, na której jestem, za moich Nauczycieli, za te kilkanaście lat praktyki. Czuję, że coś niezwykle ważnego wydarzy się na tej chłodnej podłodze.

Płaczę. Pies podchodzi i zlizuje łzy z mojej twarzy…