O miłości i śmierci

Marysi, świeżo upieczonej Pani Weterynarz, córki właściciela Rancha nie znaliśmy. W dniu, w którym decydowaliśmy się kupić od nich Tańczącego z Wiatrem, ona ostatni raz wsiadała do samochodu, udając się do chorego konia, który już się jej nie odczekał.

Po wypadku samochodowym wielu dobrych ludzi zaangażowało się w pomoc dla Marysi. Moje tybetańskie misy, które koją Was czasem na relaksie, budziły ją do życia na szpitalnym łóżku. W tym samym czasie rosła nasza Miłość, do siebie, do konika, do Świata.

Tańczący z Wiatrem stał się ucieleśnieniem naszych marzeń, symbolem wspólnego, pięknego życia. Widzieliśmy w nim Wolnego Ducha, który przez niezwykły zbieg okoliczności pojawił się, jak Dar od Świata. Kiedy Marysia powoli wracała do świata żywych, konik rósł radośnie dając nam wszystkim nadzieję na lepsze jutro.

Kiedy spotkałam go po raz pierwszy, poczułam jak dotknął mnie Wszechświat. Adaś powiedział: „Nie bój się i bądź spokojna, niech Cię zobaczy, daj mu czas”, to on otworzył mnie na to spotkanie, uwrażlwił, pomógł zrozumieć tą Istotę. Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila, tymczasem kilka godzin na pastwisku wypełnionym słońcem było dla mnie mistycznym doświadczeniem. Podszedł do mnie, On, Dziki Koń, prawdziwy, Wolny Duch, pozwolił mi się dotknąć. Zlałam się z otaczającym mnie Światem, czułam niezwykłość tej chwili, spłynęło błogosławieństwo.

Kochaliśmy go, czuliśmy się wybrani przez los, docenialiśmy niezwykłość tej relacji.

Podczas ostatniego spotkania spędziłam kilkadziesiąt minut na wyczesywaniu jego grubej sierści. Powolnym ruchem przeciągałam szczotkę po jego szyi, po brzuchu, czując jak ta delikatna pieszczota zbliża nas do siebie. Podczas ostatniego spotkania doszły nas wieści, że Marysia wraca do zdrowia, otwiera oczy, rusza nogą, wszystko układa się tak, jak powinno.

Nasze serca zamarły, kiedy następnej niedzieli dotarła do nas wiadomość: Marysia odeszła, niespodziewanie przegrała walkę o życie. Żal niezmierny, pustka i niemoc. I żadnych słów…

Dzień po pogrzebie Marysi zadzwonił telefon. „Tańczący z Wiatrem nie żyje”. Pojechaliśmy w ciszy, przpełnieni pytaniami, żalem i rozpaczą, nie potrafiąc znaleźć wytłumaczenia. Leżał na pastwisku, jego gniada sierść odcinała się od pierwszego w tym roku śniegu. Skóra na czole nadal była taka miękka, chciałam go przytulić…

Marysia zabrała ze swojego stada dwa najpiękniejsze konie, na podniebne łąki. Bez słowa uzasadnienia, bez wytłumaczenia.

img_8090

Pożegnaliśmy ich przy ognisku, płakaliśmy nie potrafiąc rodzdzielić łez, które są nad Marysią, które nad Tańczącym z Wiatrem. Pewnie i tak wszystkie były nad nami samymi…

Wielkie Duchy przychodzą na świat tylko na chwilę, swoją mądrością zachwycają, łaskawie obdarzają miłością. Dane nam było tego doświadczyć. Kiedy pogrążeni w żalu wracaliśmy przez góry otaczał nas zachwycająco piękny krajobraz: szczyty okrył pierwszy śnieg, wokół było cicho i spokojnie. Jakby Wszechświat chciał wynagrodzić nam to, że zabrał ich z powrotem, jakby chciał nas pocieszyć…

img_8134