Prezent na pożegnanie

Wyjeżdżam. To był rok obfitujący w podróże: Barcelona, Chorwacja, Grecja, i wreszcie Indie i Nepal. Z żadnej nie wracałam z takim smutkiem, w zasadzie muszę przyznać, że ze wszystkich wracałam z radością. Tym razem, odnajduję w sobie uczucie głębokiego żalu z powodu pozostawienia tego cudownego kraju za sobą.

image
Zastanawiam się, dlaczego tak jest, skąd te uczucia? Na twarzach wielu Europejczyków w hali odlotów w Kathmandu maluje się wyraz ulgi. Przeglądają zdjęcia, jak trofea z polowania, poprawiaja jedwabne szale, które otrzymali z swoich wytwornych hotelach na znak szacunku i na pożegnanie. Wrócą do swoich przewidywalnych społeczeńst, czystych ulic, eleganckich sklepów, gdzie nikt nie kłóci się o cenę, do wołowiny, wieprzowiny i kurczaków i będą wieczorami, podczas spotkań z przyjaciółmi dzielić się wrażeniami z egzotycznej podróży. Większość z nich nigdy tu nie wróci. W Nepalu jest brudno, w dużych miastach głośno, jest biednie i mało reprezentacyjnie. „Byłem, zobaczyłem, opowiedziałem”,  przypuszczam, że tak myśli większość z nich.
Nie dostałam jedwabnego szala. Nikt mi nie bił pokłonów za wysokie napiwki przy wyciąganiu bagażu z taksówki. A jednak smutek we mnie ogromny podczas rozstania z tym pięknym miejscem.

image

Ludzie posiadają tu niewiele, ich życie w większości toczy się na ulicy, gdzie siedząc na ziemi, prowadzą bardzo ożywione rozmowy z sąsiadami. Nie gromadzą, nie zabiegają o dobra materialne, żyją prostym życiem, z dnia na dzień, takim samym od wieków. Codziennie, każdy sprzedawca pierwsze zarobione pieniądze ofiaruje bogu, wszystko jedno jakiemu. Ołtarzyk jest w każdym sklepie, dla podniesienia obrotów. Codziennie każdy odwiedzi z rana jakąś świątynię, odprawi rytuały, naznaczy się kropką na czole i otrzyma błogosławieństwo, bo życie duchowe jest tu dużo ważniejsze niż doczesne. Potem wrócą do swoich spraw, będą się serdecznie uśmiechać, nisko kłaniać i składając dłonie mowić „namaste” wyrażając naprawdę głęboki szacunek wobec innych.

image

Wracam do Europy, to jeszcze nie tragedia, są tu też miejsca takie jak Barcelona, w których człowiek czuje się wolny. Wracam jednak do kraju, w którym życie jest bolesne, uciążliwe i mozolne, w którym ludzie im więcej posiadają, tym mniej się uśmiechają. W którym szacunek do drugiego człowieka to niezwykle rzadkie zjawisko. W którym, życie doczesne to jedyne jakie istnieje, dlatego trzeba gromadzić, zabiegać i porównywać się z innym.
Będę już zawsze nosić w sobie błogosławieństwo Góry, jakim zostałam naznaczona. Zostawiłam w jej sercu kawałek siebie. Będę tęsknić za atmosferą Thamelu, gdzie ludzie są wolni i nieskrępowani. Kolorowy, hippisowski tłum, marihuana dostępna na każdym rogu, dredy, tatuaże i wiszące ciuchy. I brak zatroskania przyszłością, bo przecież żyje się tu i teraz. Budda powiedział: „Sam musisz pójść swoją ścieżką, nikt nie powinien i nikt nie może zrobić tego za ciebie”. Wiem, że moja droga jeszcze mnie tutaj doprowadzi. Wiem, że tu wrócę i może już pozostanę, jak setki Euroepejczyków, którzy na ulicach Nepalu odróżniają się od zwykłych turystów.

image

W hali odlotów kobieta. Ma ok. 60 lat, długie, aż do pasa, siwe włosy, workowata spódnica prawie do ziemi, luźny sweter, sportowe buty. Kolorowa torba przewieszona przez jedno ramię, plecak przez drugie, na nadgarstku pęk bransoletek, na szyi rzemienie, korale do medytacji przesuwa sprawnie pomiędzy palcami prawej dłoni. Rysy ma europejskie, ale wyraźnie, jest tutaj u siebie. Łagodne spojrzenie, serdeczny uśmiech.
To ja. Za kilka lat. Mam nadzieję, że będzie we mnie jeszcze tyle ciepła ile bije od niej…

Pierwsze połączenie w długim łańcuszku jest już opóźnione, Air India, należało się tego spodziewać, jak przestrzegali bardziej doświadczeni. Trochę piszę, trochę czytam, sortuję zdjęcia, wtedy podchodzą do mnie dzieci. Indyjska rodzina, piękna jak mała księżniczka dziewczynka i jej młodszy braciszek w garniturze. Wspólnie oglądamy fotografie psów śpiących na ulicach miasta. Cieszy mnie ta chwila spędzona z dziećmi, kolejny, spontaniczny i tak tutaj naturalny wyraz sympatii i zainteresowania. Starsza pani, turystka z Wielkiej Brytanii częstuje mnie czekoladką, mówiąc: „Wygląda na to, że to cukierek właśnie dla Pani!”.

image
Kiedy startujemy, jest już szaro i smutno, wokół Kathamandu chmury, chyba zbiera się na deszcz. Ładne mi pożegnanie, myślę sobie. Samolot się wznosi, mam miejsce przy oknie, powoli godzę się z moim smutkiem. I wtedy to widzę… Himalaje, całe masywy, jak na dłoni, wystające ponad chmurami, skąpane w promieniach zachodzącego słońca…

imageimage

image

Czas powrotu

image

Ostatni dzień, ciche spotkanie z Buddyzmem w Patanie. Dźwięk mantry, szeptanej przez mniszki i zapach kadzidła. Tuż za rogiem hinduistyczna świątynia, gwar i atmosfera jarmarku. Dwie, tak bardzo różne od siebie religie, mogą nie tylko współistnieć w jednej społeczności, ale również wzbogacać się nawzajem.

image

Czas jednak pozostawić za sobą to niezwykłe miejce, serdecznych ludzi, majestatyczne góry, kolorowych, hippisowskich turystów, snujących się po Thamelu. Święte krowy, leniwie spacerujące po ulicach, zaspane psy, rozrzucające odpadki i złośliwe małpy, do których pracownik świątyni strzela z procy.

image

Dostałam od Was wiele ciepłych słów, za wszystkie bardzo dziękuję. Mam jednak wrażenie, że ta historia nie jest do końca moja. Przydarzyła mi się podróż do dalekiego kraju, który żyje swoim rytmem również bez mojego udziału. Tak jednak, jak spotkany pod kapliczką, w drodze z Annapurny Japończyk zabrał ze sobą moją historię, tak ja zabrałam historie ludzi i gór i przekazałam dalej. Nie mamy w życiu nic na własność, wszystko co nas spotyka pożyczamy od Świata. Te opowieści rezonują w nas i w zderzeniu z naszymi doświadczeniami, wzmacniają się lub wygaszają. W ten sposób, każdy przeżywa swoją historię.

image

Miałam przywilej uczestniczenia w pięknym życiu na drugim końcu świata. To dla mnie zaszczyt, że zechcieliscie mi towarzyszyć.

Kłaniam się nisko, składając dłonie: Namaste.

Ludzie

image

Dzisiaj chwilę o ludziach, o wpływach kultury i o naszym postrzeganiu świata, o tym, że wszystko jest względne i zależy w dużej mierze od kontekstu… Po powrocie z ABC nocleg w Pokharze. Nie był rezerwowany wcześniej, bo nie bardzo można było określić daty krańcowe. Ale, hotel namierzony, niedrogi i ładny, sympatyczny właściciel. Po podróży wesołym autobusem, w oparach kurzu i zmęczenia staję przed hotelem i marzę o prysznicu, a właściciel wychodzi, rozkłada ręce i mówi: hotel jest pełen, nie ma miejsca. Z jednej strony, nie ma tragedii, Pokhara jest całkiem duża, coś się na pewno znajdzie, jednak zmęczenie musiało wymalować na mojej twarzy wyraz rozczarowania. I wtedy znajduję się nagle w rękach matki właściciela starszej, serdecznej pani, ona zabiera mnie ze sobą, sadza na łóżku, częstuje najbardziej na świecie soczystym jabłkiem i mimo, że nie porozumiewamy się w żadnym wspólnym języku, czuję że chce się o mnie zatroszczyć. Syn właściciela mówi do mnie: „Naprawdę mi przykro”. Na początku nie rozumiem, nie bardzo wiem o co im chodzi. On jednak mówi dalej: „przykro nam, że nie mamy wolnego pokoju”. Ja bagatelizuję sprawę i mówię: To dobrze dla Was, macie pełen hotel, biznes is biznes, trzeba się cieszyć. A on na to zasmucony: „Nie, to nie jest dobrze. Kiedy Ty przychodzisz do nas, my powinniśmy Cię przyjąć. Bardzo nam smutno, że nie mamy dla Ciebie pokoju”.

image

Taka jest chyba prawdziwa natura mieszkańców wschodu, chcą zrobić biznes, ale chcą się jednocześnie zaprzyjaźnić i są przy przy tym ciągle dobrymi, życzliwymi ludźmi.

image

Dzisiaj wyjazd do Bhaktapur, centrum kulturalnego Nepalu. Jest to miasto, którego najstarsza część wypełniona świątyniami, domami mieszkalnymi i w której stoi Pałac Królewski, została zamieniona w muzeum, choć jednocześnie życie w małych kamieniczkach toczy się jak setki lat temu. Wchodzę do autobusu, dziewczyna siedząca naprzeciw wejścia pięknie się uśmiecha i zapraszającym gestem wskazuje wolne miejsce obok siebie. Oczywiście, siadam obok niej, myśląc, że będę miała nepalską znajomą, piękną, czarnowłosą i kolorowo ubraną. Jak tylko zajmuję miejsce obok niej, czuję jak kładzie mi gorącą dłoń na kolanie. Lekko mnie zatyka, robię jednak głupią minę i pytam dokąd jedzie. A ona, przesuwa swoją rękę, po moim udzie, wyraźnie w górę i ni w ząb nie porozumiewając się po angielsku patrzy mi głęboko w oczy. W końcu odzyskuję kontrolę nad umysłem i ciałem, szybko wstaję i jakby nigdy nic, zmieniam miejsce. Na nodze jeszcze przez dłuższy czas piekące ciepłem jej dłoni miejsce…

image

Zwiedzanie Bhaktapur jest niezwykłe. Z jednej strony budynki, pałac i świątynie, zamienione w muzea, z drugiej strony, ludzie, którzy jakby w żywym skansenie, od wieków żyją i wykonują swoje proste czynności jak suszenie ryżu, wypalanie ceramiki, czy prowadzenie przydomowych warsztatów.

image

Wstęp na teren Starego Miasta jest płatny, na początku myślałam, że to co mnie otacza, to zwykła inscenizacja. Okazało się jednak, że mieszkańcy niezmiennie żyją swoim rytmem i tylko, otoczenie lekko się zmienia i turyści przyglądają się ich codzienności z zainteresowaniem.

image

Z tłumu wyłapałam chłopaka. Koszulka ze swastyką, symbolem szczęścia i pomyślności, wywodzącym się przecież właśnie stąd, z Azji. Nie jestem pewna, czy w niektórych krajach Europy, za takie obnoszenie się z tym symbolem, nie można wylądować nawet w więzieniu. Wszystko jest względne, zależy od kontekstu kulturowego, nie istnieją żadne prawdy obiektywne. Na koniec, dosiadłam się do dwóch dziadków w Bhaktapur, żywo o czymś rozmawiających. To zdjęcie dedykuję wszystkim moim ukochanym uczestnikom zajęć jogi, którzy twierdzą, że Malasana z piętami na ziemi jest w pewnym wieku nie do zrobienia 😊.

image

I jeszcze rikszarz. Uległam namowom. Wsiadłam do małej budki, napędzanej przez rowerzystę. I nigdy więcej tego nie zrobię. Było mi tak głupio, że ten niemłody już pan, musi się męczyć, żeby zawieźć dwa leniwe tyłki na dworzec autobusowy! Kilka razy chciałam zsiadać i mu pomagać… Nigdy nie będę królewną w lektyce…

image

W kontekście tych kilku różnych historii, mam jedną, nienową i pewnie niezbyt oryginalną refleksję: Kocham ten świat, który jest tak cudownie różnorodny, który mnie zaskakuje, zachwyca i wzrusza. Pielęgnuję w sobie wrażliwość, żeby nie pozostać obojętną na cierpienie i zdolność do zauważania piękna, które przychodzi mi podziwiać.

image

Garść informacji praktycznych

Przelot w obie strony (Poznań, Bruksela, Bombaj, Katmandu) to ok. 5500 PLN. W Bombaju nocleg to 7000 Rupii indyjskich (2 osoby 3 noce) mniej więcej ok. 70 Euro. Pokój niewiele większy niż łóżko, brudne poduszki, brak pościeli, za to dwa czyste ręczniki, łazienka 1 m kwadratowy, umywalka, sedes i natrysk ze ściany, bez kabiny. Klimatyzator, głośny i śmierdzący, ale bez niego, upał nie do zniesienia. Sukienka 600 RI, obiad dla 2 osób w hotelowej restauracji, obfity, dwa dania, napoje, 1200 RI. 1 Euro to 72 RI. Trzeba mieć na uwadze, że Bombaj to podobno jedno z najdroższych miejsc w Indiach,do tego miasto, na prowincji ceny są znacznie niższe.

image
Waluta w Nepalu to też Rupie, ok. 1 $ daje 100 Rupii. Nocleg dla dwóch osób w Kathmandu czyli w stolicy, w Guest Haus, czysta pościel, łazienka w pokoju, ciepła woda to koszt 1500 RN za noc dla 2 osób, taksówka z lotniska na Thamel to 750 RN, ale tu nas oszukali. Powinno być ok. 500.

image

Przejazd z Kathmandu do Pokhary autobusem typu lux, czyli szyby, wiatraczki, czyste fotele i sami turyści to ok. 1000 RN za osobę, w 8 godzin 200 km.
Nocleg w Pokharze może być za 3000 RN (pokój z widokiem na góry, czysta pościel, łazienka, ciepła woda, śniadanie, taksówka z autobusu do hotelu w cenie) lub za 800 RN ( czysta pościel, łazienka, ciepła woda, grzyb na ścianie i sympatyczni sąsiedzi).

image
Taksówka z Pokhary na początek szlaku to 1700 do 2000 RN lub miejski autobus, otwarte drzwi, nie wszystkie szyby, ale radość mieszkańców i kwiaty na kierownicy to 300 RN za osobę.

image

Pierożki momo 200RN. Sprite 120 RN
Ceny w górach zmieniają się wraz z wysokością, tanieje za nocleg oraz obniża się standard, rośnie cena jedzenia i picia. Do połowy szlaku dowożą zaopatrzenie na osiołkach, na szczyt donoszą tylko tragarze, co uzasadnia ceny.

image

Nocleg w pierwszej miejscowości, najniżej, to 600-800RN, łazienka (coś na kształt), ciepła woda, może być pościel, ale nie musi. Pierożki momo 350 RN, sprite 200 RN.

image

Nocleg na szczycie, w ABC to 150 RN za osobę, materac w jadalni, wspólna łazienka (dziura w ziemi obudowana ceramiką, wiadro z woda do umycia się) i chrapanie 10 tragarzy śpiących na stole. Pierożki momo 480 RN. Sprite 300 RN. Warto mieć w kieszeni drobne banknoty 5 i 10 RN, miejscowe dzieci często ustawiają się na szlaku z kwiatami i tacą na pieniądze i naprawdę nie przepuszczą jeśli nic nie dostaną. Można jednak dać też cukierki lub batoniki co raz uratowało naprawdę krytyczną sytuację.
Koniecznie mieć ze sobą śpiwór i to na dość niskie temperatury. Nad ranem w jadalni w ABC było ok. 0, przeraźliwie zmarzłam, choć spałam we wszystkim, co miałam w plecaku. Warto zabrać tabletki do uzdatniania wody, wtedy można śmiało napełniać butelki wodą ze strumieni i po godzinie pić bez obaw.

image

I, choć Nepalczycy są niezwykle sympatyczni i przyjaźni, uważać szczególnie zaraz po przylocie, na naciągaczy, którzy sprzedadzą Wam to wszystko, co możecie mieć za darmo, za dodatkowe pieniądze.
Trzeba doliczyć jeszcze koszty formalne: wiza 25 $ 15 dni, legitymacja uprawniająca do trekkingu 20$ i koszt wstępu do Parku Narodowego Annapurny 20$ wszystkie ceny za osobę.

image
Internet dostępny prawie wszędzie, tyle, że w górach trzeba zapłacić za hasło. W ABC 200 RN za godzinę, niżej 100 lub 200 RN za dobę, w czasie deszczu jednak nie działa. Im wyżej, tym łącze jest wolniejsze. Wyżej w górach nie ma gniazdek elektrycznych w pokojach i nie można naładować telefonu. Warto mieć ze sobą zewnętrzną baterię oraz latarkę, najlepiej czołówkę, bo wolne ręce przydają się w toalecie 😊.

image

Eklektyzm religijny

image

Lubię myśleć o sobie, że jestem eklektyczna religijnie. Biorę ze wszystkich religii, z literatury, nauki i filozofii to, co ze mną współgra i tworzę własną, duchową przestrzeń. Myślę, że jeśli coś człowieka prowadzi do Boga, albo sprawia, że staje się lepszy, to jest to bezsprzecznie dobre.
Wczorajszy wieczór spędzony na placu Hanuman-dhoka Durbar Square. To przestrzeń, na której mieści się najwięcej zabytkowych świątyń hinduistycznych. Wokół gwar, setki turystów, pielgrzymów, handlarzy i żebraków, dziesiątki samochodów, skuterów i rowerów. Jedno wielkie zamieszanie. Gubię się w tym zgiełku, nie potrafię się odnaleźć, skupić, nic mi się nie podoba, jeden wielki jarmark. Ale, miejscowi, w tym zamieszaniu odnajdują swoje ścieżki, idą do konkretnego ołtarza, kłaniając się wznoszą ręce, nakładają na czoło znak błogosławieństwa, obsypują głowę płatkami kwiatów. Kobiety, mężczyźni i dzieci, wszyscy wiedzą po co tu przyjechali. Zwłaszcza, że to Tihar, nie tylko święto Brata i Siostry, również pierwszy dzień nowego roku!

image

Mnie jednak atmosfera nie wciąga. Gwar, brak możliwości skupienia, wszystko to odbieram jako powierzchowne, niepogłębione. Sadu, starcy, a w zasadzie mędrcy, w pomarańczowych strojach, pokazują turystom swoje długie zdredowane brody i pozują do fotografi za pieniądze.

image

Mam pełną świadomość, że niewiele z rytuałów w pełni rozumiem, ale i tak odbieram wszystko w okół jak rodzaj wesołego miasteczka.

image

Dzisiaj wizyta w Swayambhu to zespół buddyjskich i hinduistycznych świątyń. Wszystko wygląda inaczej, jest cisza, a w zasadzie w tle snują się mantry, atmosfera skupienia, mimo, że również sporo turystów i lokalnych pielgrzymów. Są tu też handlarze, ale mniej natarczywi, nie ma samochodów, ale za to psotliwe małpy. Siadam pomiędzy ołtarzami, zamykam oczy, słyszę gołębie, dźwięki obracanych młynków modlitewnych, gwar wielojęzycznych rozmów, w nic jednak się nie zagłębiam. Przez chwilę jestem tylko tu i teraz. Nie myślę, nie czuję, nie oglądam, chłonę i przyjmuję. Kiedy otwieram oczy przechodzi lokalny pielgrzym, uśmiecha się do mnie szeroko i mówi po angielsku: „Tak, to doskonałe miejsce na medytację”. Każdy znajduje coś dla siebie. Opuszczając teren świątynny napotykam na znak:

image

Czy nie jest tak, że wszystkie religie zmierzają w tym samym kierunku, nierzadko wykorzystując te same symbole? I tylko ludzie wykrzywiają to przesłanie i szukają w nich bardziej siebie niż Boga?

image

Wracając, przyglądam się barwnie ubranej kobiecie, piękne, długie, kruczoczarne włosy, wyraziste oczy, różowe sari, dźwięczące bransoletki, poprostu piękna. Ona przygląda się mi, widzę to wyraźnie, myśli pewnie: blada cera, jasne włosy…… Przechodząc obok siebie uśmiechamy się serdecznie…

image

Szczęśliwego Tihar

image

Wieczór w Pokharze mimo żalu z powodu rozstania z Górą, upłynął w bardzo radosnych nastrojach. Tego dnia przypadał bowiem Tihar, święto światła.

image
Nepalczycy, w odświętnych, kolorowych strojach tłumnie wyszli na ulice. Domy udekorowane światełkami, jak u nas na Boże Narodzenie. Przed każdym wejściem, usypana z kolorowych barwników i płatków kwiatów mandala, od niej wąska dróżka, wprowadzająca bóstwo do wnętrza domu. Zewsząd słychać muzykę, kolorowe korowody tancerzy przemierzające miasto, zatrzymujące się co kawałek, dające pokaz tańca.

image

W przydrożnej restauracji para obcokrajowców, szybko nawiązujemy rozmowę, są z Rosji, w podróży już od 6 miesięcy. Byli w Indiach, w Malezji, Indonezji, na Bali… Ona pisze artykuły o krajach, które odwiedzają, on jest doradcą finansowym i pracuje online. Kiedyś był zatrudniony w sieci sklepów jako manager i korporacja wyssała z niego tyle energii, że powiedział: „Dość! Chcę żyć inaczej”. Opowiadał o spotkanych ludziach, o swojej pasji fotografowania, o tym, jacy są w swojej drodze szczęśliwi. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że podróżowanie jest prostym i naturalnym stanem, który może celowo się demonizuje. Człowiek podróżujący ma szerokie horyzonty, otwartą głowę, jest tolerancyjny dla innych kultur i tradycji, ale jest też trudny. Nie poddaje się tak łatwo medialnemu przekazowi i nie jest łatwo nim sterować.
Zgodziliśmy się też, że są dwa typy ludzi podróżujących: ci, którzy siedzą przy głównej ulicy i w restauracjach na europejski wzór jedzą kolację przy świecach i ci, którzy w bocznych uliczkach, w przydomowych kuchniach smakują lokalne smaki. Zgodziliśmy się również w tym, że jeżeli ktoś już był w Indiach, to może jeść wszędzie 😊.

image

Przypomniała mi się historia z Bombaju, kiedy zachęcona przez mężczyznę przy wejściu, weszłam do świątyni w mieście. Wychodząc, ten sam mężczyzna przywołał mnie serdecznym gestem, żebym podeszła bliżej. Zobaczyłam, że siedzący na podłodze starzec, z płóciennego worka wyciąga jakieś okruszki i rozdaje ludziom, pochylającym się do niego. Przypomniałam sobie, to Prasadam, pokarm od Boga, wierni przynoszą na ołtarz drobne, wegańskie pożywienie, wypieki albo owoce, które po ceremonii rozdziela się na kawałki i rozdaje wszystkim uczestnikom. Na plecach poczułam dreszcz, pomyślałam o tych brudnych dłoniach, poplamionym worku, zakurzonych ołtarzach, o tych tysiącach bakteri i wirusów czychających teraz na mnie… I wyciągnęłam rękę. Starzec sięgnął głębiej do worka i wydłubał całkiem spory kawałek rozkruszonego ciasta. Wzięłam. Pokłoniłam się. Pomyślałam, że mogę przecież wyrzucić… Ale wiedziałam, że tego nie zrobię, bo to przecież zaszczyt, kiedy Bóg się z Tobą dzieli. Zjadłam. Bóg się znowu uśmiechnął.

Góra

image

W drodze z ABC, już późnym popołudniem spotykam turystów, mówią po francusku, ale pozdrawiam ich po angielsku. Mówię Namaste i życzę powodzenia, zatrzymuję się, żeby przepuścić ich na wąskim szlaku. Jeden z uczestników wycieczki spojrzał na mnie i powiedział: „So fresh!” Uśmiechnęłam się do niego. Nie czułam się świeża, ale czułam w sobie siłę, którą chciałam się dzielić.

image
Kiedy szłam w przeciwnym kierunku, ludzie zatrzymywali się, życzyli powodzenia na szlaku, uśmiechali się i dodawali sił. Idąc z nosem przy ziemi, przygnieciona plecakiem, myślałam, że może takie tu są po prostu zwyczaje, tak się robi na trasie. Dopiero teraz naprawdę rozumiem. Droga w górę uczy pokory, szlak Cię prowadzi, doświadcza, upokarza. Zachęca do pozostawienia za sobą wszystkich swoich przyzwyczajeń, nawyków, swojej kultury i narodowości, swojego Ego. Oczyszczona, pokorna i wymęczona docieram do celu i tam Góra mnie błogosławi. W swoim majestacie, uświęceniu, zmienia coś we mnie na zawsze.

image

Wracając, niosę, jak setki innych to Błogosławieństwo, uśmiecham się do ludzi i życzę im szczęśliwej drogi. Teraz wiem co to znaczy: życzę im, żeby znaleźli nocleg w każdej miejscowości, ciepły koc chroniący przed zimnem, siły na każdy kolejny krok, ale przede wszystkim, żeby w porę znaleźli się przed kapliczką, gdzie w pokorze poproszą o siły na dalszą drogę.
Góra odmienia, zmienia perspektywę, już nigdy tego spotkania nie zapomnę. Na zawsze pozostanie we mnie.

image

Na końcu szlaku autobus. Bez drzwi, bez szyb, ale z barwnymi chorągiewkami i kokadami. Usiadłam szczęśliwa, że już nie muszę iść i targać plecaka. Spojrzałam na siebie, brudną i zakurzoną, zobaczyłam tatuaż na ręce. Są na nim geometryczne wzory, które pojawiają się na czapkach nepalskich mężczyzn, jest w nim jedność Wszechświata i błogosławieństwo od Góry. Jak to możliwe, że prawie rok temu, zapisano w tym tatuażu to, co czuję dzisiaj?

image
Autobus rusza, wracam do „prawdziwego życia”. Tylko dlaczego czuję, że prawdziwe życie zostawiłam właśnie za sobą? Życie, w którym ludzie czerpią z pracy swoich rąk. Czuję niewyrażalny smutek, ukradkiem ocieram łzy, z ogromnym żalem oddalam się od Góry. Dzieci machają do pasażerów autobusu, uśmiechają się…. Skąd wiedzą co czuję?

Odwrót

Idąc, myślę po angielsku. Tyle tu tego języka, że w głowie zaczynam układać sobie myśli po angielsku. I przypomina mi się moje dawne olśnienie, kiedy rozdzieliłam swoją świadomość na poziomy. Te myśli po angielsku, mogą być również po polsku, po rosyjsku lub po włosku, jeśli się kiedyś nauczę 😊, one są najwolniejsze. Płyną powoli, w tempie wypowiadanych słów. Są niesforne, trudno nad nimi zapanować, czasami kręcą się w kółko.

Są jeszcze inne myśli, krótkie, szybkie jak błyski, impulsy elektryczne, które przenoszą treści, ale nie są uwarunkowane językiem. Składają się z wrażeń, uczuć, pomysłów, idei. Trudno je złapać, jeszcze trudniej uciszyć. Czasami przynoszą olśnienie, nagły smutek czy spontaniczną radość, są odpowiedzialne na nastrój, za natchnienie, wzruszenie.

Ale, jest jeszcze jeden poziom, ten, na którym podejmuję decyzje jak będę myśleć, ten, na którym włączam lub zmieniam język, ten, na którym słucham, lub nie, swoich myśli. Poziom, na którym odbieram, analizuję i przyswajam wszystkie wrażenia. To jestem właśnie Ja. To Jaźń, najprawdziwsze Istnienie, które jest ponadczasowe, ponadjęzykowe i ponadkulturowe. To niczym nieuwarunkowany Byt.

Noc spędzona w jadalni, z grupą nepalskich tragarzy. Nad ranem temperatura w pomieszczeniu spadła do ok. 0, całą noc trzęsłam się z zimna, nie mogłam zasnąć. Ok. 5 rano w kuchni zaczął się ruch, trzeba było wstawać. Kiedy rano, ok. 6 rozpoczął się spektakl budzenia się Annapurny w pierwszych promieniach słońca, nie miałam sił się nim cieszyć. Trzęsłam się z zimna. W takim stanie ruszyłam w drogę powrotną i znowu myślałam, że sobie nie poradzę. Z czasem doszłam do siebie, znowu przyspieszyłam, to ja nadawałam tempo na końcu. Po drodze zatrzymałam się przed tą samą kapliczką, co wczoraj. Stał tam turysta z Japonii, opowiedział mi historię, że ona stoi tutaj na pamiątkę kogoś, kto spadł ze skały do strumienia. Opowiedziałam mu moją historię, jak dzień wcześniej prosiłam tutaj o siły. Bardzo serdecznie podziękował mi za moją historię, poniesie ją ze sobą dalej…

Annapurna to kilka szczytów, wypiętrzonych wokół płaskiej przestrzeni. W jednej części jest kilka hotelikówk, w drugiej wielkie zapadlisko, jakby krater, do którego zsypują się skały, trwa ciągły ruch, słychać jak góra żyje. Wygląda to naprawdę niezwykle, jakby góra odsłaniała swoje trzewia, jakby przyjmowała nas na swoim brzuchu. To miejsce nazywane jest Sanktuarium i naprawdę majestat natury wywołuje poczucie świętości.
Ludzie na trasie pozdrawiają się słowem „namaste”. Mówią tak do turystów, do miejscowych, wszyscy do wszystkich. Nie mają też oporów, żeby pytać: skąd jeseście, ile masz lat czy czym się zajmujesz w swoim kraju. To sprawia wrażenie, że wszyscy na szlakach są ze sobą zaprzyjaźnieni. Powoli, a właściwie dość szybko wracamy, jutro jak dobrze pójdzie, znowu Pokhara. Dzisiaj 8 godzin zejścia, z ABC do Chhomrong, z 4130m na 2170, dwa etapy w jeden dzień. Pierwszy do trzech dni prysznic i to od razu gorący naprawdę ratuje życie!

Nadal bez zdjęć, łącze jest ciągle za wolne na wysłanie fotografii. Ale obiecuję wkrótce większą dawkę 😊

Kryzys

Wreszcie mnie coś boli. Czuję przejmujący ból w łydkach, z trudem pokonuję schody do toalety, otoczonej ceramiką dziury w ziemi. Kąpiel musi poczekać na lepsze czasy. Kładę się bardzo wcześnie, już ok. 17 i próbuję zasnąć w tym maleńkim, ciemnym pokoju, bez elektryczności, który dzielę z 6 osobami.
Rano czuję, jakbym w ogóle nie zmrużyła oka, jestem zmęczona, łydki bolą jeszcze bardziej. Drogę zaczynam bez śniadania, kawa i ciasteczka, szkoda każdej minuty. Podobno bardzo trudno o noclegi w ABC (Annapurna Base Camp), grupy zorganizowane mają rezerwację, indywidualni muszą liczyć na szczęście i może miejsce w jadalni.
Mam kryzys. Boli mnie głowa, jest mi niedobrze, boję się, że organizm zmaga się ze zmianą ciśnienia i że nie daje rady. Głowa wpada w panikę, myśli kotłują się w głowie, co ja tu właściwie robię? Czy dam radę? Może to ponad moje siły? Męczę się, plączą mi się nogi, potykam się, plecak taki dziś ciężki. Mijam buddyjską kapliczkę, kładę kamień na jej daszku i błagam wszystkich bogów, żeby pozwolili mi dojść do końca.
Drzewa rosną coraz rzadziej, zaczyna się otwarta przestrzeń. Biorę głęboki oddech, robię w głowie krok do tylu i uspokajam myśli. Przejmuję kontrolę nad ciałem i umysłem, mówię do siebie po cichu. Uspokajam się. Zaczynam wierzyć, że sobie poradzę.
Na otwartej przestrzeni jest mi łatwiej, idę coraz odważniej, odzyskuję siły. Nagle zza gór wychodzi słońce, Bóg się uśmiecha. Odzyskuję siły, nadaję tempo, przyspieszam.
Spiesząc się, omijamy Machapuchare Base Camp, idziemy bez przerwy do końca. Krajobraz się rozszerza, wokół tylko skały, w oddali widać cel, ABC.
To miejsce nazywane jest Sanktuarium Annapurny (4139m). Wchodzimy w przestrzeń pomiędzy szczytami, jakbyśmy gościli na brzuchu tej ogromnej góry. Khatarsis, po to była ta cała droga, po to męczyłam się i walczyłam ze sobą, łzy szczęścia… Wiatr się uciszył, słońce przygrzewa, w okół magiczna cisza. Docieramy do ABC przed czasem, zdaje się, że narzuciłam dość szybkie tempo. Dzień w słońcu, pod szczytami Annapurny, nocleg w jadalni. W oczekiwaniu na ostatni spektakl, na wschód słońca w Sanktuarium…