Patrząc tam, gdzie widać piękno

IMG_0638

Przypominam sobie rozmowę z moim Tatą, przeprowadzoną mniej więcej w połowie maja. O tym, że aura jest wiosenna, słoneczna i piękna, roślinki na działce moich rodziców zaczęły kwitnąć kolorowo, że dni są takie długie i jasne, że chce się żyć. Ale, zaraz potem wkradła się w rozmowę nuta smutku, że przecież tak mało tego pięknego czasu już zostało, za niewiele ponad miesiąc dni znowu zaczną się skracać i świat nieuchronnie zacznie zmierzać w stronę jesieni. Niestety.

Dzisiaj jest taki sam dzień. Tylko, że odwrotny 🙂 Za niewiele ponad miesiąc dni zaczną się znowu wydłużać, będzie więcej światła i przyroda przebudzi się w wiośnie.

Ani wtedy, rozmawiając z moim Tatą, nie poczułam smutku, ani dzisiaj nie czuję radości. Bo jestem obecna tu, gdzie jestem i na nic w odwiecznych rytmach przyrody nie czekam.

Dzisiaj rano poszłam biegać. Ścieżki wokół domu, które wczoraj były twarde i ubite, dzisiaj znowu powitały mnie błotem do kostek. Pierwsze dwa kilometry to spacer przez błotniste pola. Mijam rolników prowadzących ostatnie prace, zatrzymuję się, żeby wciągnąć w płuca niezwykły zapach ziemi, nacieszyć oko grubymi, tłustymi pajdami rozoranej gleby.

Kiedy otworzył się horyzont, zobaczyłam stoki Gór Sowich pokryte pierwszym w tym sezonie śniegiem. W tej nowej odsłonie wyglądały majestatycznie i wyniośle, nie mogłam oderwać od nich wzroku. Widać szare chmury, przesuwające się ociężale po szczytach, niżej ostatnie jesienne akcenty: złote i czerwone liście na gałęziach pojedynczych drzew.

Jest połowa listopada. Świat wokół jest piękny, wielobarwny, zachwyca mnie swą urodą. Był taki w maju, jest taki w listopadzie, jest taki każdego dnia. Na nic nie czekam. Pozostaję tu i patrzę, czując wokół przepływ.

IMG_0680