O bieganiu

9PXlkWOxSbm1Kc%VLxY9MQ.jpg

Po intensywnym sezonie narciarsko-biegowym, poczułam się spełniona, można nawet powiedzieć, że przepełniona… właściwie otwarcie napiszę, że miałam dość: poczułam przesyt. Najpierw mówiłam sobie, że po takich intensywnych tygodniach zwyczajnie odpocznę, pójdę biegać za kilka dni. Za tydzień. Jutro. No, może pojutrze. Wsłuchałam się w swoje ciało i zaczęłam czuć, że będzie mi bardzo trudno zmobilizować się do biegania. Miałam dość. Mam za sobą kilkanaście lat biegania, ukończonych 13 maratonów, półmaratonów ani dziesiątek nigdy nie liczyłam. Nie biłam oszałamiających rekordów, dość było mi że zeszłam na dystansie maratońskim poniżej 4 godzin.

Czułam zawsze, że bieganie sprawia że staję się lepszym człowiekiem. Na pewnym bardzo głębokim poziomie czułam, że pokonywanie kolejnych dystansów w ciszy i w swoim towarzystwie jest dokładnie tym samym co joga i medytacja: jest bardzo intymnym i głębokim doświadczaniem siebie i świata.

Na początku podczas treningów dużo myślałam, rozważałam problemy, opracowywałam strategię dla klienta, czasami przegadałam ze sobą całą trasę. Z czasem jednak nauczyłam się zostawać w ciszy, biegi, podczas których po prostu byłam i czułam oddech stały się mistycznym doświadczeniem. Przestałam mierzyć tętno i sprawdzać poziomy, pożegnałam się z kablami i taśmami pomiarowymi, słuchałam ptaków, obserwowałam przyrodę, zaczęłam naprawdę cieszyć się jednością z Wszechświatem.

Tej zimy poczułam, że nie potrafię już się zmobilizować. Na myśl o powrocie na znaną trasę okolicznymi ulicami, miałam gęsią skórkę i zdecydowany opór ciała. Nie mogłam zrozumieć dlaczego nie ma we mnie już tej radości? Czułam żal.

Kiedy w środę po śniadaniu wyjrzałam przez okno, zobaczyłam górę z białą wieżą kościółka, wznoszącą się nieopodal. Poczułam nagle, że muszę tam pojechać, muszę stanąć w butach do biegania i doświadczyć. Kiedy stojąc na jej zboczu zrobiłam pierwszy wdech i zapach lasu rozlał się po moim ciele, poczułam znowu jedność z Wszechświatem. Byłam tam jeszcze w piątek, potem w sobotę, nie mogę się doczekać, kiedy pójdę jutro!

Wszystko przychodzi we właściwym czasie.

DrwtsFaHRx6NayLiwOtMwA

Życie wraca

IMG_2700

Świat się budzi. Kolejna zima na Rancho pewnie już za nami. Panel solarny pracuje całą parą, światło w lodówce wróciło na stałe. Jest też woda w kranie, bo silnego mrozu nie było zbyt długo i woda w rurach zamarzła raptem na kilka dni. Trzeba będzie jednak uzupełnić zapas deszczówki wodą ze stawu, bo porządnego deszczu nie było już u nas przez kilka dobrych tygodni.

Stan liczebny ulega ciągłym zmianom: trzy konie, pies, kot, trudna do określenia liczba kaczek na stawie. Niestety, wszystko wskazuje na to, że na wiosnę nie będzie żadnej pszczoły. Nie potrafię jeszcze określić dlaczego, wydaje się jednak, że pszczoły nie przetrwały zimy. Mimo, że wszystko zrobiłam zgodnie z zaleceniami starszych i mądrzejszych, to w ulu chyba nie będzie życia tej wiosny…

Ziemia odmarza, puszcza wodę, wszędzie głębokie błoto. Jesienią zbudowałam z desek wyniesione grządki, drewniane koryta które wyścieliłam tekturą. Wypełniłam je ziemią wymieszaną ze słomą, końskimi kupami i domowym kompostem. Na tak przygotowanym podłożu w tym roku zagoszczą pomidory, ogórki, cukinie i dynie. Za kilka tygodni ożywię nasionka, które zebrałam ubiegłego lata z dojrzałych owoców. Życie wraca…

Wyłączam radio, otwieram okno, słucham ptakow.

IMG_2676

 

Puść się

img_2478.jpg

Zanurzeni w codzienności nie zauważamy etapów które przekraczamy. Skupieni jesteśmy na rozwiązywaniu bieżących problemów i obraz całości umyka nam niepostrzeżenie. Kiedy w życiu pojawiają się dzieci, wraz z nimi przychodzi niezwykle dużo nowych obowiązków. Trzeba poświęcić się bez reszty pielęgnacji malucha, zdrowemu odżywianiu, trzeba go pocieszyć gdy płacze i rozweselić, gdy się smuci.

Kiedy skończył 9 miesięcy, nie zaczął chodzić, on od razu zaczął biegać. Zaraz potem skakał, wspinał się i regularnie spadał. Stałam pod każdą drabinką z którą się mierzył, wyciągałam ręce a on wchodził coraz wyżej, zupełnie pozbawiony lęku.  Nigdy nie potrzebował do tego szczególnej zachęty, zdobywał wszystkie przeszkody bez pytania „czy może”. Mimo to zazwyczaj zdążałam w porę, żeby złapać go gdy spadał albo nie dopuścić by wszedł zbyt wysoko. Pamiętam jak łapałam go za nogi w ostatnim bezpiecznym momencie i krzyczałam: „Puść się”, ściągając pewnym ruchem w swoje ramiona.

Kiedy w miniony weekend uczył mnie jak pokonać ściankę wspinaczkową, musiałam za każdym razem pytać: „czy mogę wejść”! Pokazywał mi jak bezpiecznie chwytać, jak przesuwać ręce i przyklejać się do ściany. Weszłam dość wysoko, szybko pokonując własne lęki, wspinaczka okazała się dla mnie łatwiejsza niż się spodziewałam. Wyzwanie pojawiło się jednak w zupełnie innym momencie. Kiedy utknęłam gdzieś pod sufitem, zawieszona na linie asekuracyjnej, której drugi koniec trzymał w rękach mój Syn, poczułam lęk. On wołał do mnie z dołu: „Puść się” a ja miałam zaufać i odepchnąć się od ściany.

Przez głowę przeszły mi wtedy te wszystkie myśli. Jak bardzo zmieniła się sytuacja, teraz on będzie mnie asekurował, teraz to on stoi na dole i czuwa nad moim bezpieczeństwem. Kiedy to wszystko się wydarzyło? Jak to możliwe, że nie zauważyłam? W jednej chwili zrozumiałam, że w tej konkretnej sytuacji nie ma na świecie osoby, której mogłabym tak bardzo zaufać, jak jemu. Że ta budowana przez lata relacja na tym właśnie polega, na wzajemnym asekurowaniu się w życiu.

Odepchnęłam się od ściany i zjechałam, prosto w jego ramiona. Bardzo jestem Ci wdzięczna Synku, za tą lekcję ❤

IMG_2464

Idzie wiosna

IMG_2461.JPG

Pierwszym sygnałem nadchodzącej zimy jest zawsze długa i gruba sierść pojawiająca się na grzbietach koni. Zaraz potem trzeba wyłączyć lodówkę, bo niewielki panel solarny nie jest już w stanie dostarczyć wystarczającej porcji prądu. Wchodzimy w okres ciemności, spędzając wieczory przy świecach, wpatrując się w blask drewna w kominku. Życie płynie tutaj w rytmie natury, sen przychodzi wcześnie, jest głęboki i długi, a całe stworzenie porusza się wolniej i mniej jest chętne do zabawy.

Kiedy większość ludzi nie myśli jeszcze o zbliżającej się wiośnie, u nas widać jej wczesne sygnały. Pierwszym z nich jest światło w lodówce. Zanim jeszcze moje tulipany i pierwiosnki wysuną się z zamarzniętej ziemi, pracę podejmuje panel solarny, dając nam znowu wystarczającą ilość prądu, żeby przez całą dobę zasilać maleńką lodówkę. Dzień staje się zauważalnie dłuższy, nawet jeśli oko człowieka tego jeszcze nie rejestruje, oko naszego zasilania wraca do życia.

To niby drobiazg, bo w jesienno – zimowych miesiącach przechowywanie jedzenia nie stanowi większego problemu. Zdarzają się rzecz jasna sytuacje zabawne, kiedy serem chłodzonym na werandzie poczęstuje się pies, albo kiedy konie dobiorą się do ruskich pierogów tuż przed wigilią. Jednak na co dzień sytuacja jest stabilna i przewidywalna, zimowa aura sprzyja przechowywaniu żywności.

W tym roku pierwsze, długie i słoneczne dni pojawiły się pod koniec stycznia. Światło w lodówce znowu zaświeciło, dlatego mówię Wam, idzie wiosna ❤