Zanurzając się w codzienności

Dni są tutaj do siebie podobne. Wstaję przed świtem, co nie jest wielkim wyzwaniem, bo słońce budzi się chwilę po 7.00. Ok. 8.00 jestem już w Shali, siedzę pod ścianą i przyglądam się. Pierwsza grupa rozpoczyna praktykę o 6.00 rano i średnio co godzinę, półtorej przychodzą kolejni uczniowie. Siadają, tak jak ja, pod ścianą z tyłu czekając, aż Nauczycielka cicho zaprosi na zwalniające się miejsce. Wszystko odbywa się tu w lekkim półmroku, w absolutnym skupieniu i ciszy, nikt nie rzuca matą, wszyscy są powściągliwi w ruchach, starają się robić swoją osobą jak najmniej zamieszania.

Lubię siedzieć i czekać. Przyglądam się wtedy innym, obserwuję ich pracę, słucham oddechów. Czasami słychać jak ktoś z kończących lub z zaczynających praktykę półgłosem śpiewa mantrę. To wyjątkowo magiczny moment.

Kiedy pierwszy raz słyszałam „Iłana” nie byłam pewna, czy chodzi o mnie, z czasem jednak się przyzwyczaiłam, wstaję i idę wolnym krokiem, uważając na uczniów wokół mnie. Jestem zazwyczaj w drugim, rzadziej w pierwszym rzędzie. Alabastrowa figura Ganeshy rozczula mnie. Czasami łzy ciekną mi po twarzy i wtedy przez pół sekwencji pociągam nosem…

Staramy się praktykować w skupieniu, Sharmila mówi o tym, jak ważne jest żeby nie przerywać vinyjasy, nie wychodzić do toalety, nie rozpraszać się dodatkowymi, zbędnymi ruchami, robić tylko to, co jest przewidziane sekwencją. To dodaje mojej praktyce dostojeństwa.

Bo Ashtanga to droga duchowa i jak każda taka, wymaga ciszy i skupienia.

Lubię po śniadaniu spędzić czas na plaży. To niezwykły dodatek do tej wspaniałej przygody, jak bonus, albo premia świąteczna. Byłabym szczęśliwa mogąc po prostu praktykować Ashtangę przez miesiąc w Indiach. Ale mając jeszcze do dyspozycji morze i plażę, jestem w niebie!

Po południu idę do Shali jeszcze raz, żeby po prostu posiedzieć. To niezwykle kojący czas, wśród dymów kadzidła, w szumie wiatraków, siedząc na chłodnej podłodze odnajduję spokój. Alabastrowy Ganesha obejmuje mnie swoim ramieniem. Nie potrzebuję od niego więcej szczęścia, wystarczy mi, że tu jestem…

Zazwyczaj w większej grupie żegnamy słońce na plaży. To jest zawsze przyjemna okazja do wymiany doświadczeń, dzielenia się spostrzeżeniami. Zmrok zapada szybko, więc wcześnie kładę się spać.

Żyję w takim rytmie od niedzieli do piątku. Tylko sobota jest inna, wtedy nie mam praktyki a wolny dzień zachęca do podróżowania po okolicy. Na nic nie czekam: ani na wolne soboty, ani na poranną praktykę, ani na powrót do domu. Po prostu jestem. Zupełnie zwyczajnie, na drugim końcu świata. I poddaję się temu, co przychodzi…

Medytacja

Siedzę na plaży. Właściwie, siedzimy we trzy, ale każda z nas siedzi sama.

Patrzę w stronę morza, przed chwilą zaszło słońce, poświata ciągle jeszcze rozświetla horyzont. Postacie przechodzących tuż nad brzegiem ludzi z każdą chwilą stają się mniej barwne. Jeszcze przed kilkoma minutami można było pomyśleć: jaka ładna dziewczyna, pewnie Rosjanka, jasna cera, długie, kręcone włosy. Za nią młodzi rodzice, o ciemnej skórze, mała dziewczynka biegnie przed nimi brzegiem mocząc drobne stópki w morskiej wodzie. Patrząc tworzę historie, opowiadam sobie życie ludzi przechodzących przede mną. Skąd są, czym zajmują się na codzień, jak wygląda ich dzień.

Z czasem postacie przechodzące brzegiem stają się mniej wyraziste. Tracą barwy, widzę już tylko sylwetki. Jak teatr cieni. Przestaję myśleć o ich życiu, przestaję wyobrażać sobie ich codzienność, zaczynam tylko rejestrować obecność. Wyciszam się. Coraz mniej myśli, coraz mniej bodźców, coraz mniej ludzi i mniej szczegółów. Przez chwilę nie idzie nikt. Nie myślę. Jestem.

Myśli też wyciszają się stopniowo, zupełnie tak, jak zanikają barwy po zachodzie słońca. Z czasem zauważam tylko ich obecność, nie rozwijam ich, nie wchodzę w nie głębiej. Pozwalam przepłynąć zupełnie tak, jak pozwalam niezauważenie przejść tym ludziom nad brzegiem morza. Odnajduję też przerwy pomiędzy myślami, okresy błogiej ciszy. Wchodzę w tą przestrzeń i widzę wtedy tylko bezkresne morze przed sobą. I nawet jeśli ktoś od czasu do czasu przejdzie plażą, nawet jeśli jakaś myśli pojawi się w mojej głowie, to i tak wiem, że zaraz za nią jest niczym nie ograniczona przestrzeń. I zawsze mogę do niej wrócić…

Ekologicznie

Płonie Amazonia, Australia. Giną miliony zwierząt, pod uprawę soi na pasze wycinane są kolejne połacie puszczy. Wydaje się, że nic nie możemy zmienić, ale przecież ważne zmiany zachodzą pod wpływem jednostkowych decyzji. Popularne stają się dzisiaj słowa Gandhiego: „Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie”.

Ale, jesteśmy leniwi. Brakuje nam wytrwałości, determinacji, zwyczajnie nam się nie chce. Zapominamy o bawełnianych woreczkach na warzywa, ciągle nie nosimy ze sobą płóciennych siatek na zakupy. O tym, że dostaniemy plastikową słomkę, dowiadujemy się już po fakcie, kiedy ktoś postawi przed nami przygotowany napój.

A przecież to bardzo proste. Jedyne, co należy zrobić to wyrobić w sobie nowe, zdrowe nawyki. Wozić torby na zakupy w samochodzie, albo nosić na dnie plecaka. Pytać, czy w restauracji, którą wybraliśmy mają papierowe słomki. Można też mieć własną, stalową…

Tutaj w Indiach, w eleganckich kawiarenkach dla Europejczyków serwowane są napoje w wysokich szklankach, z papierowymi słomkami. Ale już na plaży, uboga kobieta sprzedająca kokosy podaje każdemu plastikową słomkę. Latają potem niesione wiatrem, po plaży. Rosjanie, którzy na wypoczynek upodobali sobie Goa, niedbale pozostawiają wokół siebie plastikowe butelki po napojach. Pracownicy restauracji przy plaży sprzątają wieczorami śmieci z plaży i wywożą. Dokąd? W drodze do Morjim mijałyśmy kilka takich miejsc, w których wśród porozrywanych worków ze śmieciami pożywiały się bezdomne psy.

Mieszkańcy naszej wioski organiczne odpady wrzucają do ogródka, resztę palą tuż pod płotem…

Na każdej półkuli ludzie są tacy sami, w każdym końcu świata zachowują się tak samo. Życie może wyglądać nieco inaczej z perspektywy mieszkańca bogatego, zachodnioeuropejskiego kraju. Ale tutaj, w Indiach, zupełnie tak samo jak w Polsce, powietrze jest zanieczyszczone unoszącym się nad ulicami smogiem. A mieszkańcy, dokładnie tak samo bezrefleksyjnie palą swoje śmieci.

Dlatego, mi też zostaje dokładnie to samo: wychodząc z plaży codziennie zabieram jakieś nieswoje śmieci. Bo wielkie zmiany zaczynają się przecież od jednostkowych decyzji.

Pierwsza praktyka

img_7321-1

Noc nerwowa, w oczekiwaniu na pierwsze spotkanie z nowym Nauczycielem. Gotowa byłam wstać o północy, sen był urywany, krótki. Kiedy o 6 odezwał się budzik, żadna z nas już nie spała. Za oknami było jeszcze ciemno, nawet kogut z sąsiedztwa nie odezwał się jeszcze ani razu. 

Przed 7 rano dotarłyśmy na Shalę. Była pogrążona w półmroku, na oknach od zachodniej strony ciężkie okiennice. W kilku miejscach przy podłodze rozpalone lampki oliwne, na przeciw wejścia figura Ganeshy zasnuta dymem kadzidła. 

Usiadłam w niewielkim korytarzyku, na zrolowanej macie, gdzie siedziało tu już kilka osób, oczekując na praktykę. Przestrzeń przed nami  wypełniona była uczniami, każdy pogrążony we własnej praktyce i na na innym etapie sekwencji. Cisza, w niej tylko oddechy ujjayi. Wśród praktykujących dostrzegam Nauczycielkę, drobną, niewysoką, z długimi, czarnymi włosami splecionymi w warkocz. Piękna. Pochyla się co chwilę nad kimś innym, pomaga, przytrzymuje, wspiera. Od czasu do czasu wypowiada cichym głosem imię, wtedy ktoś z korytarza podnosi się i zmierza na miejsce, które właśnie zostało zwolnione przez ucznia, który skończył już praktykę. Każdą z tych ok. 100 osób wymienia po imieniu, każdą indywidualnie zaprasza na Shalę.

Siedzę na tej zwiniętej macie i urzeka mnie obraz praktykujących w ciszy i skupieniu uczniów. Wszyscy zdają się pielęgnować każdy ruch, poświęcać uwagę każdemu oddechowi. Praca jest powolna uważna, w półmroku wydaje się jakby jakieś mityczne zwierzę poruszało się powolnie, w wielu kierunkach i na różne sposoby równocześnie. Zastygam w zachwycie. 

Powoli rozjaśniają się okna za figurą Ganeshy, liście nabierają zielonej barwy, budzi się słońce. Niespodziewanie przez okna po wschodniej stronie wpadają promienie słońca, sączą się i rozpraszają wśród praktykujących. Siedzę. Myślę, że mogłabym nawet wyjść teraz, mogłabym nie stanąć nawet na macie, bo już tyle przeze mnie przepłynęło Energii, że nie jestem pewna czy uniosę więcej. 

Nauczycielka podchodzi do mnie. Pyta cicho o imię, jest delikatna i uważna, przygląda mi się i wtedy czuję, że zapamiętuje. Po chwili słyszę wypowiadane przez nią moje imię, biorę matę i jak w jakimś magicznym transie, rozwijam ją na wskazanym przez nią miejscu. Po raz pierwszy w życiu, nie skupiem się na pierwszym skłonie a na pierwszym wyciągnięciu ramion w górę. Czuję jedność z Wszechświatem. Płynę jednocząc oddech z ruchem.

Tego pierwszego kontaktu nie spodziewałam się zupełnie, bo zdaje się, że na chwilę straciłam połączenie z przestrzenią i z Shalą. Poczułam delikatny dotyk na dłoni, jakby przepływ Energi, poczułam troskę, łagodność i wsparcie. Poczułam, że mówi mi: JESTEM.

Wraz z budzącym się dniem, dokończyłam swoją praktykę. Długo nie potrafiłam powiedzieć nic. Wiedziałam, że muszę to napisać…

Morjim

ae1c945b-4bef-4aea-9624-0bcc39f9953c

Popołudnie w samolocie, potem jeszcze noc i kawałek dnia. Potem dzień na lotnisku i znowu popołudnie w samolocie, potem kawałek nocy. I jeszcze godzina w samochodzie, tym razem z Maryją na przedniej szybie, w tym samami miejscu, w którym w Mumbaju stał drewniany Ganesha. Tyle wystarczy, żeby przenieść się do raju.

Wokół gwar, niezbyt ruchliwa, ale jednak ulica, po jednej stronie małe domki, stragany z owocami i z indyjskimi sukienkami, po drugiej stronie hotel. Skutery, samochód i rower. Za ciężką bramą odnajduję zaczarowany ogród. Gwar ulicy stopniowo cichnie, słyszę śpiew ptaków, bujna roślinność otacza kamienną ścieżkę wijącą się przede mną. Za zakrętem widzę Shalę, jasny budynek, z czerwonym dachem, o jasnych, białych ścianach. Znajomy widok, który tak często oglądałam na fotografiach, teraz staje się rzeczywistością. Jestem.

W pamięci pojawia się wspomnienie świątyni w Mumbaju i jej kamiennej posadzki. Chłód pod stopami. Czuję teraz dokładnie to samo, zostawiając klapki przed wejściem do Świętego Miejsca, wchodząc boso na podłogę Shali. W środku panuje półmrok, po przeciwnej stronie, pomiędzy dwoma oknami stoi posąg Ganeshy. Cisza. Słychać tylko rytmiczne uderzenia wiatraków, szum wiatru gdzieś na zewnątrz. Przy moich nogach snują się dwa psy, są tutejsze, mieszkają w okolicy, najwyraźniej czują się w tym niezwykłym miejscu zupełnie swobodnie.

Ogarnia mnie Szczęście. Siadam po prostu, na tej przyjemnie zimnej podłodze i płaczę. Przede mną miesiąc praktyki, w tym pięknym, magicznym miejscu, na drugim końcu świata, nad brzegiem oceanu. Czuję Wdzięczność za tą wspaniałą ścieżkę, na której jestem, za moich Nauczycieli, za te kilkanaście lat praktyki. Czuję, że coś niezwykle ważnego wydarzy się na tej chłodnej podłodze.

Płaczę. Pies podchodzi i zlizuje łzy z mojej twarzy…

Pragnąc mniej

7186D002-0FF3-47B6-94A4-5367C68E966D

Wstaje słońce. Pierwszym spojrzeniem omiatam padok, sprawdzam czy wszystkie konie są nadal na swoich miejscach. Wychodzę przed dom, pierwszym porannym tchnieniem poranka wyczuwam jesień. Lekka wilgoć w powietrzu, zapach opadłych liści. Pod nogami kot, pies duży, pies mały, jakaś mysz upolowana nie wiadomo przez kogo dziś w nocy. Rozpoczyna się nowy dzień. Jak mawia Dalajlama, „co dzień rodzimy się na nowo i każdego dnia możemy zmienić swoje życie na lepsze, żeby odnaleźć w nim radość”. Odnaleźć radość, a nie szczęście, bo „radość wykracza poza szczęście, które zbyt często zależy od okoliczności zewnętrznych”*.

Zewsząd docierają do nas informacje, że zasoby naszej planety dramatycznie się kurczą, że dysproporcje pomiędzy standardem życia w Europie a w innych częściach świata pogłębiają się w zastraszającym tempie. Mamy coraz bardziej wygodne życie, posiadamy coraz więcej a jednak brakuje nam radości, czujemy pustkę i ciągle poszukujemy sensu. Codzienność jest luksusowa, pełna udogodnień: pralka, zmywarka, suszarka, ogromny telewizor. Żyjemy życiem bohaterów z ulubionych seriali, kosztem odczuwania radości w swoim osobistym. Wojciech Eichelberger powiedział kiedyś: „Żeby podnieść poziom szczęścia i zadowolenia trzeba obniżyć poziom życia”. Spokojne i szczęśliwe życie mieszkańców nepalskich wsi, które podziwiałam kilka lat temu podczas trekkingu w Himalajach było dla mnie źródłem inspiracji. Nie potrzeba wcale wiele, żeby poczuć prawdziwą radość…

Karmię psiarnię i kociarnię, wracam do domu. Rozpalam w kominku, to jedyne źródło ogrzewania domku, który dwa lata temu zbudowaliśmy wśród łąk, własnymi siłami. Nie jest duży, ma tylko 36 m2 ale każdy wkręt użyty podczas jego budowy przeszedł przez moje ręce, każda deska, okno i drzwi. Nie ma tu luksusów, zmywarek, pralek czy telewizora, ale jest wszystko co potrzebne do szczęśliwego życia: ściany, dach, ciepło kominka. I bliskość. W miejscu, z którego o poranku spoglądam na Góry Sowie a wieczorem na Ślężę prowadzę niewielkie, spokojne i szczęśliwe życie. Obniżając poziom życia podniosłam poziom szczęścia. Nie ma tu prądu, więc kiedy słońce zajdzie za horyzont, pokój wypełnia się blaskiem ognia i świec. Życie toczy się zgodnie z rytmami natury. Nie ma tu bieżącej wody, jest tylko wielka beczka na deszczówkę, dlatego wraz z naturą współodczuwamy, kiedy latem przez wiele tygodni nie pada deszcz. Wodę zużytą do mycia naczyń czy płukania warzyw wykorzystuję do podlewania ziół rosnących w doniczkach. Nie marnuje się żadna kropla. Jest jeszcze staw, dzięki niemu możemy wykąpać się latem i morsować zimą.

Z jednej strony myślę często że mam tak niewiele, skromne, proste życie bez bieżącej wody prądu czy gazu. Ale, z drugiej strony czuję się niezwykle bogata: codziennie rano budzi mnie śpiew ptaków, wieczorem słucham koncertu żab, mogę obserwować przelatujące bociany, czasem szara czapla zatrzyma się nad stawem. Na wiosnę rodzi się źrebak, a zaraz potem, w gnieździe pod dachem stajni wykluwają się jaskółki. Jesienią karmię pszczoły, wśród liści zbierają się jeże, wieczorami słychać porykiwania jeleni. Co rano rozwijam nad stawem moją matę do jogi i z każdym wdechem nabieram w swoje płuca kawałek Wszechświata, który jest moim domem. Z regularnej praktyki jogi płynie proste przeslanie: radość nie przychodzi z zewnątrz, jest Twoim najgłębszym duchowym stanem, który nie zależy od tego co masz, ale od tego co czujesz.

Kurczą się zasoby naszej planety. Dla dobra całej ludzkości trzeba będzie wyznaczyć nowe paradygmaty i ograniczyć konsumpcję. Ale, dla podniesienia własnego szczęścia i zadowolenia, już teraz warto obniżyć poziom życia. Z tego płynie nieograniczona radość.

* Cytat z „Wielkiej księgi radości” autorstwa Jego Świątobliwości Dalajlamy, Arcybiskupa Desmonda Tutu i Douglasa Abramsa.

Tekst ukazał się w grudniowym numerze magazynu Joga.

Dziękuję

IMG_7719

Żyjąc tu i teraz, rzadko oglądam się za siebie. Nie wspominam zanadto ani też nie planuję, całą swoją uwagę kieruję do tego co jest, co pojawia się w aktualnej chwili i w tym jednym momencie żyję.

Wczoraj jednak obejrzałam się za siebie i poczułam łzy wzuszenia na twarzy. Przyjechałam tutaj z Poznania, chciałam uczyć jogi, dzielić się tym wspaniałym sposobem na życie, tą fascynującą drogą. Założyłam Szkołę Jogi, choć życzliwi stukali się w czoło, byli przekonani, że nic z tego nie będzie, że przecież „tutaj nie ma takich ludzi”. Na początku przychodziły dwie, czasem trzy osoby, zdarzało się, że zajęcia w ogóle się nie odbywały. Z każdym miesiącem przybwały jednak nowe osoby, grupy się powiększały, sala wypełniała się, a seniorzy zaczęli rezerwować dla siebie maty.

To nie był żaden biznes plan, ani pomysł na zarobienie pieniędzy. To była czysta potrzeba podzielenia się własną miłością, pokazania innym drogi, która ciągle mnie zachwyca i fascynuje. I chyba dlatego właśnie się udało…

Wczoraj wieczorem, grupa Ashtangis wypełniła szczelnie swoimi matami podłogę w Szkole. Nie pozostał żaden skrawek wolnego miejsca. Pierwsze Ommmm zadrżało w moim sercu silnym, mocnym głosem, poczułam swoje miejsce wśród tych głosów, tych mat, tych ludzi. Poczułam się szczęsliwa wśród Was. Wspólna praktyka, w rytm jednego oddechu, zaparowane okna, krople wody na parapecie i Wasze uśmiechy, prawdziwe szczęście wymalowane na twarzach. To wszystko pozwoliło mi poczuć, że się udało! Zrozumiałam, że przekazałam Wam to, co sama czuję, co mnie zachwyca i daje mi szczęście, zrozumiałam, że nie muszę o tym już mówić, bo doskonale czujecie co może dać praktyka jogi.

Wdzięczność wypełnia moje serce, za ścieżkę, którą sama podążam i za Waszą gotowość wyruszenia w tą samą podróż. Bo ludzie są wszędzie tacy sami, mają te same potrzeby, tęsknoty i pragnienia. Czasami tylko potrzeba impulsu, jakiegoś bodźca z zewnątrz, jakiejś inspiracji, żeby się obudzić i zacząć doświadczać czegoś nowego.

Za dzisiaj, za wczoraj, za te wszystkie wspólne dni na macie, w Dzierżoniowie, w Poznaniu, w Luboniu… za Waszą obecność i za Wasze zaufanie z całego serca dziękuję. I Tobie Mateusz ❤  za to że to wszystko stało się możliwe…

Jak wszędzie

IMG_6677

Wszystko jest tutaj takie samo jak gdzie indziej. Jesień zupełnie tak samo pojawia się z błotem i z deszczem, trudo nie zabrudzić tu butów. Zwierzęta zgodnie z naturalnym rytmem obrastają grubą sierścią, konie odpoczywają po letnich upałach.

IMG_6684

Liście z wierzby opadają wprost do stawu. Gniją. Pewnie tworzą się przy tym procesie jakieś bakterie i inne twory organiczne, ale nie przeszkadza nam to zimnych kąpielach.

IMG_6675.jpg

Swiat staje się bardziej szary, znikają żywe barwy, przyroda zasypia. Stopniowo wycisza się praca na polach, po zbiorze kukurydzy ziemia wreszcie będzie mogła chwilę odpocząć. Święta Ślęża niezmiennie od tysiącleci trwa na horyzoncie. Na jej szczycie stoi teraz katolicki kościół. Bo każdy ma swoje 5 minut.

IMG_6672

Życie zwalnia. Wycisza się. Po letnim zawirowaniu i pośpiechu, zatrzymujemy się. Więcj słuchamy, więcej czytamy, zaglądamy w głąb siebie. Tu jest zupełnie tak samo, jak wszędzie. Jak wszędzie być powinno…

Kochaj się

IMG_5812

Wczesny poranek, jeszcze noc panuje wokół. Piesek przed kominkiem udaje, że mnie nie widzi, przewraca się na drugi bok. Fiona przed domem smacznie śpi, mogłabym ją teraz przyłapać na niedozwolonym spaniu na poduchach fotela stojącego na werandzie, ale ja też udaję, że nie widzę. Chrząkanie koników, one wiedzą, że to nie jest jeszcze pora na śniadanie. Jadę samochodem przez mrok, zastanawiając się nad tym, że nic zupełnie nie odróżnia głębokiej nocy, od wczesnego poranka. Taka sama ciemność, ta sama cisza, nic jeszcze nie zwiastuje wschodu słońca, trudno określić gdzie nastąpi. 

O poranku ciało jest ociężałe, sztywne. Mantra śpiewana w samotności odbija się od zimnych ścian, w półmroku podskakuje płomień świecy. Pierwszy skłon jest zawsze lekcją pokory. Mimo to, kontynuuję praktykę, przełamuje swoje lenistwo, konsekwentnie odliczam oddechy. Płynę. Z każdą kolejną asaną moje ciało nabiera giętkości, jak plastelina rozgrzewana w dłoniach, poddaje się praktyce.

Największe wyzwania stają przede mną pod koniec, pozycje z którymi pracuję, na które ciągle się otwieram. Nie zawsze udaje mi się przyjąć je głęboko, czasami pokornie muszę przyznać, że „to nie jest ten dzień”. Ale bywa też odwrotnie, biodra wyciągają moje ciało do sufitu, głowa dotyka stóp, ciało pozwala mi na bardzo wiele. Ale, to nie jest walka, nie zmuszam się do niczego, a raczej łagodnie negocjuję, szukam ścieżki dostępu do własnego ciała.

Niezmiennie po skończonej praktyce oblewa mnie fala wdzięczności, miłości i szczęścia. I czuję wtedy, że kocham siebie, kocham swoje Ciało, za tą niezwykłą podróż, w jaką mnie zabiera.

Seniorzy na jodze

zbiorowe

Zanim wezmą udział w zajęciach mają sporo obaw. Czy sobie poradzą, czy nie staną się pośmiewiskiem, czy ciało będzie chciało współpracować? Dlatego, pierwsze co trzeba stworzyć na zajęciach jogi dla Seniorów to poczucie bezpieczeństwa. Potem, już samo się dzieje.

Przez 10 lat prowadziłam zajęcia jogi dla Seniorów w Poznaniu, dlatego, kiedy zamieszkałam na rancho w śród łąk pod Dzierżoniowem, skierowałam swoje kroki do Dziennego Domu Opieki Senior +. Zaproponowałam wspólną praktykę zaraz po wakacjach, to było lato 2017r. Kierownik placówki uśmiechną się, wypytał o szczegóły, zgodził się ochoczo, bo to człowiek o otwartej głowie, ale kiedy wychodziłam powiedział do mnie: „Trudno mi wyobrazić sobie naszych seniorów ćwiczących na matach na podłodze.”

Można było przypuszczać, że w małej miejscowości Seniorzy nie będą chcieli praktykować. Co innego mieszkańcy dużych miast, tam wszystko jest bardziej dostępne i znane. W małym miasteczku proboszcz lokalnej parafii mógłby mieć zupełnie inne zdanie na temat korzyści płynących z takich zajęć i jego opinia mogłaby być kluczowa.

A jednak, jest wiosna 2019 roku. Zajęcia jogi odbywają się w Dziennym Domu Opieki Senior + 2 razy w tygodniu. Uczestnicy przychodzą czasami godzinę wcześniej, żeby zarezerwować sobie matę i miejsce na sali. Grupa liczy ok. 30 osób i ciągle pojawiają się nowi.

Korzyści wynikające z regularnej praktyki są powszechnie znane i dokładnie takie same dla ludzi młodych jak i dla seniorów. Ale, jest jednak kilka korzyści charakterystycznych szczególnie dla tej grupy uczestników:

Osoby starsze cierpiące często na schorzenia przewlekłe, boją się o swoje ciało. Świadomie unikają na co dzień niektórych ruchów, poruszając się tylko w zakresie bezpiecznym i przewidywalnym. Zasada jest jednak prosta: Im mniej się ruszasz, tym mniej się ruszasz! Minimalizowanie ruchów powoduje pogłębianie się ograniczeń i rosnący lęk o swoje ciało, doprowadzający w efekcie do zamknięcia się osoby starszej we własnym mieszkaniu, w bezpiecznej przestrzeni. Regularna praktyka jogi pozwala na przećwiczenie pewnych potencjalnie trudnych ruchów w bezpiecznych okolicznościach. Stąd, skłon w Padangustaasanie i asekurowany, łagodny powrót do pozycji wyprostowanej jest nie tylko praktyką jogi, ale praktyką życia i oswajaniem własnego ciała. Praktyka asan pozwala zrozumieć własne ograniczenia ale też dostrzec możliwości, nadal kryjące się w ciele.

Innym ważnym elementem jaki wnoszą zajęcia jogi w życie seniorów jest towarzystwo. Uczestnicy zajęć często zyskują nowe grono znajomych, wychodzą z domu i chętnie biorą udział w zajęciach plenerowych oraz innych aktywnościach.

Grupa w Dzierżoniowie jest bardzo zróżnicowana, wśród uczestników są osoby w wieku 58 i 85 lat, są seniorzy bardzo sprawni oraz tacy którym nawet najprostsze ruchy sprawiają kłopoty. Dlatego, praktyka musi być prowadzona jednocześnie na wielu poziomach zaawansowania. Tą samą pozycję można przyjąć siedząc na macie lub na krzesełku.

Dodatkowym ważnym elementem praktyki jogi dla Seniorów jest Pranajama. Wielu z uczestników ma krótki, ciężki oddech, a każdy wdech sprawia wyraźny problem. Wprowadzenie choćby kilku minut pracy ze świadomych oddechem pomaga uczestnikom zauważalnie uspokoić ciało.

Artykuł ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika Joga